Pojechałem do Lipska — bez celu właściwie, ot tak, jak mogłem był pojechać do któregokolwiek innego miasta, aby trochę odpocząć i czekać, aż tam na dom mój wiejski pod Lanckorońską Górą zlecą jaskółki, aż mi hiacynty i tulipany zakwitną w ogrodzie pod jabłoniami o różowych pąkach — a tymczasem pozbierać trochę tych wspomnień, którym przez sześć lat studenckiego życia po Europie rozsiewał. Dlaczego Lipsk właśnie wybrałem — nie wiem doprawdy. Pociągały mnie więcej szwajcarskie miasta: Genewa i Zurych, przeglądający się ze swej wyżyny nieustannie w szybie jeziora, i Berno stare o kamiennych podcieniach, jak niedźwiedź wśród gór i lasów schowane. Ale ja zanadto dobrze znam te miasta, zanadto dobrze pamiętam je w takiej niesłychanej krasie podwójnej wiosny: tej, którą słońce rodzi na świecie, i tej drugiej, czarowniejszej jeszcze, którą człowiek sam niesie w świat ze sobą, za lat chłopięcych. I może przykro by mi było jechać tam dzisiaj, w zimie, i myśleć mimo woli, żem w przeciągu tych siedmiu czy ośmiu lat zgubił gdzieś nieopatrznie czarodziejską, wiosenną potęgę młodości...
Z Lipskiem nic mnie tak dalece nie wiąże; nie prześniłem tutaj górnych i bujnych marzeń, o których w późniejszym życiu wspomina się z uśmiechem bolesnym i pobłażliwym zarazem. A zresztą lubię to miasto, duże a spokojne, o szerokich ulicach, które przy tym nie mają w sobie nic z filisterskiej92 wymuskaności i chłodu błyszczących a szkaradnych ulic Berlina — lubię Augustusplatz, rzucony między muzeum i uniwersytet z jednej, a nowy teatr i ogromny gmach poczty z drugiej strony — lubię go zwłaszcza wieczorem, kiedy pod różowymi księżycami lamp elektrycznych rozpalają się niezliczone szeregi białych latarń gazowych93, pomiędzy które rzucają się jeszcze niebieskawe lub żółte światła z okien sklepów i kawiarń. Lubię stary kościół św. Tomasza, gdzie w pierwszej połowie XVIII wieku Imć pan Sebastian Bach grywał na organach — i stary, ponury, chylący się już do upadku ratusz i pobliską piwnicę Auerbacha, z której to niegdyś odmłodzony Faust94 wyjechał na beczce — i jeszcze to wielkie pobojowisko za miastem z pamiątkowym kamieniem Cesarza95 i cichy, wśród domków schowany pomnik księcia Józefa96...
Jadąc do Lipska, zatrzymałem się po drodze we Wrocławiu, którego nie znałem wprzódy. Po części chciałem skorzystać ze sposobności, ażeby obejrzeć ciekawe miasto ze starymi fosami, pozostałymi z czasów, gdy było średniowieczną twierdzą, zwiedzić liczne kościoły i poklasztorny gmach uniwersytetu, przede wszystkim zaś katedrę, wznoszącą się wśród cichej, odwiecznej dzielnicy na wyspie pomiędzy ramionami Odry. Z chwilą, gdy się przejdzie most zawieszony nad rzeką, która teraz, wezbrana od roztopów, przewala się w dole żółtymi falami, ma się wrażenie, że się wstąpiło do innego zupełnie miasta. Gwar ludnych ulic i handlowa gorączka śródmieścia pozostały gdzieś daleko, daleko — tutaj jest wszystko ciche, zadumane, omszałe, a jednak pełne życia, tego życia stuleci, które w kamień zaklęte trwa i czeka ukryte, aż je myśl ludzka rozbudzi i zmusi do głosu.
Ale był jeszcze i inny powód, który skłonił mnie do zatrzymania się we Wrocławiu. Jakoś około Nowego Roku otrzymałem był bilet z Wrocławia, na którym oprócz imienia i nazwiska znajdował się tylko adres i banalne litery „p. f”. Ta zwyczajna kartka noworoczna przypomniała mi kolegę z lat uniwersyteckich, z którym żyliśmy niegdyś w Szwajcarii dość blisko, a później rozstawszy się, korespondowali jeszcze jakiś czas, ażeśmy się wreszcie, jak to często bywa, zagubili gdzieś w świecie... A jest to jeden z najciekawszych ludzi, jakich znam. Żyd z chasydzkiej97 rodziny, urodzony na wsi, gdzieś w okolicach Międzyborza, tej kolebki chasydyzmu, dzieckiem98 prawie ożeniony, wychowywany był przez ojca, dziewiątego rabina w rodzie, z tą myślą jedyną, że kiedyś syn jego będzie z kolei dziesiątym rabinem. Ale tymczasem w chłopcu, nieznającym nawet oprócz żargonu99 i hebrajskiego absolutnie żadnego innego języka, zbudziła się nie wiedzieć skąd ta straszliwa żądza poznania, która według słów Księgi Kaznodziejskiej100 jest najgorszą klątwą na wieczną nieświadomość skazanego człowieka — i pokrzyżowała wszystkie piękne plany ojcowskie. Hej! opowiadał mi on tam w cichym mieście nad strugą Aary, jakie walki straszliwe przechodził, jak się zmagał ze sobą i łamał i targał, aż wreszcie zerwał wszystkie więzy i rzucił ojca i żonę młodą, i dom teścia, gdzie miał dostatek i „widoki na przyszłość”, i poszedł w świat, prawie o lasce żebraczej, na zachód, do Europy, po światło!
Gdy go poznałem w Bernie szwajcarskim, miał już około trzydziestu lat i był zapisany jako zwyczajny słuchacz na uniwersytecie. Do dziś dnia z podziwem nieraz myślę, co ten człowiek — bez środków, bez pomocy, bez wstępnych wiadomości, ba! bez języka nawet — musiał przejść, aż własnymi siłami zdobył to wszystko i dopiął wreszcie celu. Czasem wydawało mi się to prawie niepodobnym do wiary, zwłaszcza gdym patrzył na jego drobną, wątłą postać i słuchał rozmów, w których dźwięczała nuta życiowego idealizmu, tak rzadkiego u Żydów, ale tak bezwzględnego, do jakiego tylko przez dziwną regułę wyjątków zdolni są może tylko Żydzi, tak materialistyczni zazwyczaj.
Kolega mój w tej długiej wędrówce z zapadłej karczemki do uniwersytetu zgubił wszystkie prawie wierzenia młodzieńcze krom101 jednej — namiętnej miłości swego narodu. I to właśnie zbliżyło mnie do niego. Cześć mam dla ludzi, którzy kochają naród, zwłaszcza gdy ta miłość nie jest naiwnym zaślepieniem, lecz owszem ma oczy otwarte na wszystko zło, które było wczoraj i jest dzisiaj, a prze do czynu, aby zła tego nie było jutro. Jest w takiej miłości ból i samokrwawienie, ale jest też i wielkie dostojeństwo ducha i moc, i odwaga. Bo kochać, idealizując — tę sztukę potrafiła i ta sowa z bajki, co uważała swe pisklęta za najpiękniejsze w całym lesie.
Otóż zapragnąłem zobaczyć znowu po siedmiu latach towarzysza z uniwersyteckiej ławy. Już wtedy, gdym go poznał, pisał wiele i drukował przeważnie po hebrajsku, gdym go więc teraz zobaczył, zapytałem najpierw o jego działalność literacką, która mnie zawsze zaciekawiała swą egzotycznością, a przede wszystkim tym, że on tak bezwzględnie wiązał z nią całe swe życie.
— Piszesz więc ciągle — mówiłem — anachronisto, w tym dziwnym języku swych praojców?
— Piszę. Czyż mamy dziś inny sposób oddziaływania na lud? Ale już nie po hebrajsku. Zbyt mało dziś moich rodaków rozumie ten język. Piszę żargonem. Chcę, aby mnie wszyscy mogli czytać.
— I cóż ty mówisz swemu ludowi?