(1910)
Są wypadki tak nieprawdopodobne, tak sprzeczne ze wszystkim, co z góry można było pomyśleć, że chociaż nastąpią, długo im się nie chce jeszcze uwierzyć ani wwiązać je w rzeczywisty bieg życia... Takim zdarzeniem dla mnie jest śmiertelny upadek Klimka Bachledy115, tam, z potwornej ściany Małego Szczytu Jaworowego. Jako członek Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, rozkazem naczelnika wezwany, spędziłem wraz z towarzyszami dnie całe na poszukiwaniu jego ciała, niosłem znalezione po osypujących się piargach116 na ramieniu, patrzyłem, jak przy blasku pochodni nocą już trumnę na leśnej polanie zamykano i wreszcie nad świeżym grobem przemawiałem, a jednak raczej wiem myślą, że Klimek nie żyje, niźli mogę wewnętrznym przekonaniem w to uwierzyć.
Nie będzie się temu dziwił, kto choćby raz widział tego orła starego na szczytach. Cichy rozważny, niewielki, z mięśniami w żelazo zamienionymi, z oczyma zdającymi się spod brwi namarszczonych skałę na wskroś przeszywać, przesuwał się po ścianach najszaleńszych, szedł w górę gładkimi kominami, z niepojętą, czarodziejską zręcznością czepiał się końcami palców zaledwie namacalnych szczerb i nierówności, zawsze pewny, spokojny, ostrożny a śmiały aż do szaleństwa. „Der beste Kletterer, den ich kenne”117, napisał mu w książce przewodnickiej jeden ze sławnych alpinistów współczesnych.
„Najlepszy wspinacz...” To jeszcze mało. Ogromna większość wypadków, młodych ludzi zwłaszcza w Tatrach spotykająca, pochodzi stąd, że nie mając innej kwalifikacji oprócz ze zręczności ciała pochodzącej umiejętności wspinania się po skałach, nazbyt w niej zaufani, puszczają się nierozważnie na drogi zgoła niemożliwe do przebycia. Taternictwo stało się dzisiaj po prostu wiedzą. Trzeba mieć mnóstwo technicznych wiadomości, trzeba mieć tę przyrodzoną, a spotęgowaną długim i mozolnym ćwiczeniem bystrość spojrzenia, która pozwala każdej chwili, w najgorszych nawet warunkach, w deszczu, w mgle czy o zmierzchu — zdać sobie sprawę, gdzie się jest właściwie i jak i którędy dalej iść należy. Nie przesadzę zgoła, gdy powiem, że taternik wytrawny w miejscu trudnym czy niebezpiecznym jednym rzutem oka objąć musi wszystkie „chwyty” i „stopnie”, dla zwyczajnego wzroku wcale może niedostrzegalne — i z góry wie niewątpliwie, gdzie którą nogę i rękę wesprze. Jest to umiejętność orientowania się i decyzji, w taternictwie ważniejsza nawet daleko od samej fizycznej sprawności, która niczym niepoparta na zgubę tylko wieść może.
Te zalety wszystkie posiadał Klimek w stopniu wprost zadziwiającym. Nie będę mnożył przykładów: dość wspomnieć pierwsze zejście jego z Januszem Chmielowskim z Żabiej Przełęczy do Żabich Stawków Mięguszowickich po nocy. W ciemności zupełnej wynalazł przejście przez nachyloną płytę i rynny, będące dotąd drogą jedyną.
Zdawało się, że ten człowiek góry w zupełności opanował i zwyciężył i tak już bezpieczny jest we wirchach118, jak inni na bitym gościńcu i dlatego wierzyć w śmierć jego nie chciałem, gdy mnie wieść doszła, iż w górach zaginął.
Było to 7 sierpnia, w niedzielę, już po południu. W piątek tego tygodnia, właśnie w dniu, kiedy ze ścian Małego Jaworowego spadli Szulakiewicz i Jarzyna, byłem z młodszym bratem moim na Żabim Koniu. Trochę gradu ze śniegiem mieliśmy na tej ostrej, jedynej w swoim rodzaju grani; deszcz lunął ulewny, kiedyśmy na noc zaszli do schroniska przy Stawie Popradzkim. I przez sobotę, przez ową sobotę fatalną, kiedy zginął Klimek Bachleda, deszcz lał zimny, nieustanny, rozpaczliwy. Nie wiedząc o niczym, siedzieliśmy w schronisku w towarzystwie zatrzymanych również ulewą węgierskich taterników i patrzyli w beznadziejnym przygnębieniu na tumany gęstej, mokrej mgły, spływające w dół od Złomisk, od Mięguszowickiej kotliny, z wirchów i grzbietów, z przełęczy... Mewa jakaś zabłąkana unosiła się nad stawem samotnie, często za rybą na deszczem pooraną wodę spadając...
I nikt z nas wówczas nie myślał, kiedyśmy przy szklance wina pogawędką leniwie wlokący się czas spędzali, że tam w tej mgle i deszczu lodowatym straszliwa tragedia się rozgrywa, że na ścianach Małego Jaworowego drżą z wysiłku, znużenia, z głodu i z mrozu ludzie szukający wczorajszego trupa, że ginie jak bohater na stanowisku orzeł stary tatrzański, nam wszystkim znany i drogi.
W niedzielę rano wracaliśmy przez Rysy, młodym, w nocy spadłym śniegiem pokryte. Ja w pożyczonych białych bucikach tenisowych, gdyż buty moje kute spalono mi na nic przy suszeniu nad Popradzkim Stawem. Przy Morskim Oku konie na nas czekały; po drodze na Łysej Polanie doszła nas wieść o piątkowym wypadku i sobotnim zaginięciu Bachledy. Nie mając butów, nie mogłem się udać natychmiast w Turnie Jaworowe, mimo że wołał mnie tam obowiązek członka Pogotowia Ratunkowego, poszedł więc tylko mój młodszy brat, a ja z towarzyszami wróciłem do Zakopanego.
Z wieści też tylko znam owe pierwsze straszne dnie: jak w sobotę, kiedy już wszyscy ze sił wyczerpani, prześladowani gorączkowymi zwidzeniami ze znużenia i osłabienia, po nocy na wózkach przebytej i po dniu spędzonym bez żywności i w przemokłym odzieniu na skałach, przed zmierzchem ostatnim wysiłkiem na dół schodzili — Klimek darł się wciąż jeszcze w górę, pewny, że słyszy głos wzywający ratunku, niedbały na wołania, do powrotu go naglące... Zniknął w mgle i mroku za skalnym załomem wysoko, wysoko kędyś pod niebem; słyszano lawinę spadającego kamienia — wołano go jeszcze i czekano nań do ostatniej chwili dnia, kiedy on już nie żył prawdopodobnie... A potem dni następne, pełne ciągłego trudu, niebezpieczeństw i poszukiwań, noce spędzone na lodowatych, wodą ociekłych turniach lub w lesie przy ognisku, gdzie ze znużeniem oczy klejącym walczy nieustannie zimno i deszcz, co snu dobroczynnego nie chcą dopuścić...