...Ach tak! — miałem dzisiaj zamiar pisać o muzyce, ale odłożę to już snadź do innego czasu, bo na wstępie pomieszało mi wszystkie myśli marne przypomnienie faktu, że Beethoven nie tylko tworzył rzeczy wielkie, „ale także” został wyrzeźbiony przez Klingera107. To ostatnie za mniejszą mu już poczytuję zasługę. Klinger jest bez wątpienia wielkim artystą i ma nawet jako rzeźbiarz dzieła potężne, z tą zasadniczą cechą, że mówią wiele, a mówią same przez siebie, bez objaśnień, dodatków, akcesoriów — ale...

Nie widziałem był poprzednio słynnego posągu Beethovena, który taką wrzawę wywołał, skorzystałem więc z tego, iż był właśnie w lipskim muzeum sztuki na widok wystawiony i poszedłem go obejrzeć. Zaszedłem w powszedni dzień około południa: pusto prawie było w gmachu... Nie chcąc rozpraszać uwagi, przeszedłem szybko przez parterowe sale, zastawione rzeźbami, kierując się według wielkich, strzałkami opatrzonych napisów: „Zu Klinger’s Beethoven”. Zwracam się na lewo; u drzwi stoi kilku Niemców, oglądających snadź przez lupę jakieś po obu stronach wejścia ustawione posągi, których zza ich głów i cylindrów prawie nie widać. Przed sobą, w ramach drzwi, na tle szarych tapet widzę jakąś czarną masę; orzeł marmurowy z wpół rozpostartymi skrzydłami, jakby gromem na ziemię obalony... a otóż i cała grupa przede mną... Nie będę jej opisywał; znana jest powszechnie. To tylko powiem, że stanąwszy przed nią, doznałem przykrego uczucia rozczarowania. Jest wprawdzie coś wielkiego, coś brutalnie wprost potężnego w tej półnagiej, iście z głazu wykutej postaci króla dźwięków, w tym pewnym, upartym pochyleniu ku przodowi wspaniałej głowy, walącej wzrokiem w proch przed sobą czarnego orła sławy — i sama ta myśl jest zaprawdę artystyczna, w tym najgłębszym, istotnym słowa znaczeniu — a mimo to całość nie sprawia dość silnego wrażenia. Grupa bowiem ta nie jest syntetycznym ujęciem, objawieniem twórczej idei rzeźbiarza, ale... opowiadaniem o niej. Opowiadaniem bardzo zresztą dokładnym i podkreślonym nawet miejscami przykładem: ot, w ten sposób, tak miało być. Wiemy więc dobrze, co Klinger zamierzał zrobić, i widzimy, czego nie zrobił. Przede wszystkim te dwa kształty, postać ludzka na brązowym tronie i postać orła u stóp jej na ziemi, nie są dość zharmonizowane z sobą. Nie ma między nimi tej koniecznej, absolutnej łączności, tego bezwzględnego należenia do siebie, które jest nieodzownym warunkiem, aby grupa była jednolitym, a więc artystycznym dziełem, a nie mniej lub więcej dowolnym tylko zestawieniem. W pomyśle to było, ale w ciągu tej koniecznej, rzemieślniczej pracy, przez którą dopiero „słowo staje się ciałem”, coś się zepsuło, rozerwało, pękło, czy nie dosięgło: brak może jednej linii, dostrojenia jednego wymiaru, od których zależało niemal wszystko. Synteza nie jest dokonana i grupa nie wyraża sobą tego, co snadź według zamiaru artysty wyrażać była powinna. Klinger czuł to widocznie i resztę swej twórczej myśli, tę zgubioną resztę wypisał kabalistycznymi znakami w obrazach na oparciu tronu, lśnieniem wygładzonych poręczy, całym tym mnóstwem akcesoriów, które w rezultacie mącą ją jeszcze, a byłyby zupełnie zbyteczne, gdyby był stworzył dzieło doskonałe, jak zamierzył. Ostatecznie Beethovena, wielkiego Beethovena nie widzi się w dziele Klingera; można go w nim z trudem tylko — wyczytać. Wobec rzeczy słabej lub lichej jest się obojętnym, ale wobec wielkiej a niedokonanej lub spaczonej doznaje się bolesnego uczucia: coś jak gdyby żal do twórcy, jak gdyby wrażenie jakiejś dziwnej, nieokreślonej krzywdy... Z tym uczuciem wychodziłem ze sali o starych tapetach, gdzie ustawiono grupę.

We drzwiach, uwolnionych już teraz od owych ucylindrowanych ichmościów, zobaczyłem niedostrzeżoną wpierw Salome108, dzieło niesłychane, marmur żywy i wyrażający sobą więcej niż cała po „literacku” upstrzona grupa Beethovena. Jest w Lipsku kilka rzeźb Klingera, między nimi jedna z pierwszych, jeśli się nie mylę, współczesnych prób zastosowania barwnych marmurów, dość twarda i zimna Kasandra109 i Dziewczę w kąpieli, cudowne, różowe, ciepłe prawie marmurowe ciało. W Kasandrze, mutatis mutandis110, jest znowu to niedociągnięcie, ten mimowolny rozdźwięk (świadomy mógłby być zaletą dzieła, służąc do uwydatnienia pewnej myśli twórczej), o którym wspominałem przy Beethovenie: i tu, czujemy, rzeźbiarz nie zrobił tego, co chciał; marmur nie mówi dość i nie mówi sam za siebie. Dziewczę w kąpieli zaś należy do tej sztuki, przed którą czoła schylić nigdy nie potrafię, choćby nie wiedzieć jak była w swym zakresie i rodzaju doskonała: do sztuki zewnętrznej, głuchoniemej, streszczającej się w wykonaniu i li tylko w wykonaniu, i bez tego, że tak powiem, „metafizycznego jądra”, które z wewnątrz dzieło oświetlając, a w zewnętrznych formach wyłożone, sprawia, że linie, barwy, dźwięki i słowa stają się czymś więcej — stają się syntezą jakiejś niewyrażonej przedtem dziedziny ducha.

Przyznaję bez zastrzeżeń, że „dobrze namalowana rzepa więcej warta niż źle namalowana tęsknota za nieskończonością”111 — ale dodam zaraz, że „dobrze namalowana rzepa” dla mnie... nic nie jest warta. Mam zawsze wrażenie, że dla tego efektu szkoda było czasu, trudu i — zdolności.

Doskonałość, wprost już doskonałość osiągnął Klinger w posągu Salomy112. Ten więcej niż piękny, ten straszliwy tors kobiecy nie potrzebuje podpisu, objaśnień, dodatków — nic. Wystarczy, że jest i patrzy na widza martwymi, brunatnymi kamieniami oczu, osadzonych w żółtawych orbitach i dreszczem go do głębi przejmuje. A jakże żywe, jak strasznie żywe są te martwe oczy! Błąka się po świecie dużo fotografii tej wspaniałej rzeźby; w interesie sztuki powinny by być co rychlej i doszczętnie zniszczone, nie dają bowiem nawet w przybliżeniu pojęcia, czym jest oryginał, ba! karykaturują go raczej! Stałem przed posągiem długo, zaklęty, zmiażdżony, storturowany wprost jego wyrazistością. Ta kobieta o nieskazitelnych, choć zgoła nie klasycznych kształtach, rysujących się pod luźno narzuconą, z przodu rozwartą suknią, o drapieżnym, tygrysio lubieżnym przegięciu smukłego grzbietu, ze szczupłym, zwiędłym, rozkoszą snadź przepalonym łonem, powleczonym żółtawą, histeryczną jakąś barwą, które mimo to, zda się, gotowe rozpłonąć lada chwila samolubnym, pożerającym, rychło jak fala po morzu przechodzącym ogniem: ta kobieta ze spokojnie złożonymi na piersiach rękoma, o dłoniach dużych, prawie chłopięcych, chudych i przerażającym jakimś a obłędem tchnącym niezdrowiem — z tą głową!... Nie widziałem w życiu podobnie żywej głowy z marmuru! Silnie osadzony, doskonale okrągły tył czaszki, niskie a szerokie, zmysłowe czoło, wydatne szczęki i usta, te dreszczem przejmujące usta o wąskich, tak bezmiernie zimnych a lubieżnych wargach naprzód wysuniętych, pod delikatnymi, nieświadomą żądzą rozkoszy i zniszczenia wydętymi nozdrzami — wszystko to składa się na całość jednolitą a tak wymowną w swym kamiennym milczeniu!

Stałem przed posągiem, a on mówił do mnie:

„Jestem wieczna! Istnieję, odkąd świat istnieje i mężczyzna, ja, Lilith113, Salome, Androgyne114... Pragnę rozkoszy, a nie nasycam się nią, jestem zimna, a przepływa przeze mnie fala ognia pożerającego, jestem niewinna w swej nieświadomości, a ze mnie grzech i potępienie; nęci mnie wszystko, czego nie znam, co wielkie, co czyste, a dzisiaj nie obchodzi mnie to, czegom pożądała wczoraj, a wszystko niszczę i wszystko kalam... I bez zamiaru, bez celu nawet — jestem dzieckiem, więc igram. Ludzie spokój, siłę, sławę, życie, szczęście swe pod stopy mi rzucają, więc depcę po nich — czyż może być inaczej? Biorę wszystko, a w zamian nic nie daję, bo nie prosiłam o nic! Jestem zniszczeniem, tak! — ale czyż przez to winna? Ja jestem tylko — kobieta! ”

Tak mówił marmurowy posąg, a martwa, spod kraju szaty jego wyzierająca młodzieńcza głowa poglądała ku górze na drapieżną, niewinnie uśmiechniętą twarz i zdawała się jęczeć osłupiałymi, przerażonymi oczyma: „Tak, tak, to prawda! Cierpię, umieram — prawda! — ale dlaczego? Wszak ja cię kocham!”

Druga głowa — starcza, milczała już z przymkniętymi oczami i z wyrazem zastygłego, śmiesznego bólu na skrzywionych ustach. Nie rozwiązała zagadki, ale zrozumiała, że tak być musi. — Straszne usta Salomy uśmiechały się ciągle.

Śmierć bohatera