— Naród żydowski! — zaczął znowu po krótkiej przerwie, popijając ohydny niemiecki dekokt103, najniesłuszniej w świecie czarną kawą nazwany. — Naród żydowski! Piękna myśl, ale ku jej urzeczywistnieniu nie tymi trzeba zdążać drogami. Przede wszystkim trzeba wiele gorzkich prawd powiedzieć. Tam jest naród, gdzie są wspólności — historyczne, cywilizacyjne, językowe, wreszcie ekonomiczne. U nas nie ma tego wszystkiego. Cóż może mieć wspólnego bogaty przedstawiciel „finansów” w środkowej Europie z chasydem z głębi Rosji? A wspólna historia nasza? Mieliśmy już czas o niej zapomnieć, żyjąc całe wieki bez historii, a przynajmniej bez wspólności dziejowej. Wielu ustępów z Biblii uczymy się na pamięć, ale mimo to jest to dla nas księga martwa. Treść Biblii, historyczna i obyczajowa, więcej dzisiaj oddziaływa na życie wasze, niźli nasze. Myśmy wam podarowali wraz z tą księgą najświetniejszy swój dorobek umysłowy i swą najświetniejszą historię. W waszym życiu, w waszej religii, w waszej poezji jedynie żyje nasze Pismo; u nas nie masz go ani śladu. Nam pozostała odrobina martwej tradycji i — Talmud104, księga bezsprzecznie mądra i wielka, ale niebudująca nic, raczej burząca przez swój krytycyzm, nie pozbawiony nawet sceptycyzmu. A dzisiaj? Mamy żydowskich pisarzy, żydowską współczesną literaturę, ale nie mamy własnej cywilizacji, którą pojmować należy jako pewien całokształt duchowego dorobku, wynikły z przeszłości i oddziaływający każdej chwili na dalszy rozwój narodu. My, ile jesteśmy cywilizowani, żyjemy waszą cywilizacją, przykrojoną tylko nieco do naszego charakteru; zaś o ile bierzemy udział nawet w cywilizacyjnym pochodzie, to pracujemy tylko dla was, nie dla siebie, choć może na swój, przez was nie zawsze pożądany sposób. Nawet syjoniści to rozumieją, ale się nie chcą przyznać do tego. Idź na ich zgromadzenia, które odbywają „dla Europy”, a usłyszysz tam takie zdania: „My jesteśmy wielkim narodem! Myśmy dali światu ludzi tej miary, co Spinoza105, Marks106...” Wyliczają jeszcze wiele innych imion. A przecież to wszystko nieprawda! Czyśmy tych ludzi mieli? Czy my ich światu dali? Gdy który z narodów powie: Mieliśmy Napoleona, Kanta, Mickiewicza, to znaczy, że ci ludzie z krwi i kości danego narodu wyrośli, że zdziałali coś, co w tych narodach żyje po dziś dzień. Wy możecie nawet o nich mówić nie tylko: „mieliśmy ich”, ale: „mamy ich”, choć oni dawno pomarli. My tego nie możemy powiedzieć! Myśmy nie mieli ani nie mamy Spinozy, Marksa i tych wielu innych, którymi chwalimy się „dla Europy”. (Bo wierz mi, między sobą mówiąc o tych ludziach, wzruszamy ramionami i uśmiechamy się ukradkiem). Ci ludzie nie z naszej cywilizacji wyrośli, nie dla nas pracowali. Myśmy ich Europie nie dali, myśmy ich podarowali, co najwyżej, a właściwie Europa sama ich sobie spośród nas wzięła. My naprawdę jesteśmy w Europie — niczym!

Ostatnie zdanie wymówił z jakąś wściekłą, bolesną zaciętością.

Patrzyłem nań przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie zapytałem:

— I ty te gorzkie prawdy mówisz swemu ludowi?

— Tak. I wiele, wiele innych, jeszcze więcej gorzkich.

— Po co?

— Bo kocham mój lud i chcę, aby się stał czymś, aby był narodem. A do tego nie wiodą palestyńskie mrzonki... Trzeba otwierać oczy! otwierać oczy!

Późno już było i gdy wyszedłszy z kawiarni, błądziliśmy w milczeniu po cichych i pustych ulicach starego Wrocławia, miasta niegdyś polskiego, rdzennie niemieckiego dzisiaj, długo myślałem o tym, co mi ten Żyd powiedział. Czyż i mojemu narodowi nie przydałoby się w pierwszym rzędzie takie „otwieranie oczu”? Trzeba naród bardzo i naprawdę kochać, aby podjąć się tej roli, bo rola jest niewdzięczna! My lubimy, gdy nam się oczy — zamydla.

W marcu 1903 r.

Jeżeli czego słusznie możemy Niemcom zazdrościć, to ich muzyki. Bo snadź prawdziwe jest powiedzenie, że wiele narodów ma muzyków, ale Niemcy jedynie posiadają muzykę... I jakkolwiek zechcemy to zdanie rozumieć, zawsze będzie prawdziwe. Jedynie historia niemieckiej muzyki okazuje tę zadziwiającą, postępową ciągłość rozwoju; prawie bez zboczeń, bez wahań, z jakąś twardą, nieubłaganą, logiczną koniecznością następuje tutaj geniusz po geniuszu, od Bacha do Beethovena, od Beethovena do Wagnera...