Nie lubię tego miasta. W dżdżystej niepogodzie styczniowej jeszcze przykrzejsze wywarło na mnie wrażenie niż kiedy indziej. Pełne jest cudów i skarbów przedziwnych. Są place, i domy, i baszty, i kościoły, ołtarze w kościołach i rzeźby w ołtarzach, przed którymi staje się w rozmodleniu, nie tym jasnym wprawdzie i słonecznym, które tam na Południu, w rzymskich ruinach i krużgankach renesansu człeka porywa, lecz w jakimś skupionym, zadumanym, gotyckim, rzec by się chciało, rozmodleniu, co smutkiem surowym rozmarza i przytłacza aż chwilami... Ale tylko wtedy i na krótko zapomina się o gwarnych zwierciadlanych kawiarniach, forsownie w stare mury wciśniętych, o szacownych wiekiem domostwach, przerobionych — „z zachowaniem charakteru” — na hotele różne dla przejezdnej gawiedzi, bedekerowskich5 turystów i komiwojażerów, i o tych budynkach, nierzadko z betonu i żelaza wczoraj wzniesionych, co kłamią wieki swym kształtem pretensjonalnym a nieudolnym, aby się oczom gości z Berlina wydać braćmi tych przecudnie ręką człeka i czasu rzezanych siedzib dawnych mieszczańskich...

Dość głowę niebacznie odwrócić, a rzeczywistość narzuca się oczom. Widzi się, jak niewielu ruinom pozwolono zostać ruinami, jak łatano stare natchnienia nowożytnym przemysłem, jak sztukowano ulice na pokaz, a przede wszystkim jak ludzie, co po nich krążą, strasznie są niepodobni do tych, którzy tu niegdyś chodzić musieli.

W Rzymie na Trastevere6, około ruin, na targach i pod cyprysami ogrodów spotyka się często człeka w płaszcz wyszarzany jak w togę owiniętego albo kobietę czarnooką z dzbankiem wody na ramieniu, co żywcem oczom wskrzesza przeszłość minioną i dziwnie się z otoczeniem zestraja; w zaśmieconej plewą tłustych podróżników europejskich Wenecji zobaczy się nierzadko postać przypominającą dawny, dumny patrycjat, widzi się po largach7 odleglejszych życie niewiele różne od tego, co niegdyś tu przed wiekami tętniło, i pieśń nieraz za kilka miedziaków śpiewana brzmi podobnie jak za czasów dawnej Rzeczypospolitej...

W Norymberdze nic z tego wszystkiego. Genius loci8 odleciał gdzieś; została niemal tylko skorupa. Ludzie są obcy temu, co ich otacza, dzisiejsi, tacy jak wszędzie. I dlatego właśnie Norymberga robi na mnie wrażenie aktora, który się ubrał na scenę w zbroję może nawet oryginalną, dołatawszy jeno części stracone kawałkami blachy cynkowej, dla pobieżnych widzów z krzeseł dobrze oryginał naśladującymi, i myśląc o czym innym, śpiewa za pieniądze dla uciechy gawiedzi rycerską balladę...

Uciekłem stąd rychło do Berna szwajcarskiego, tłumacząc sobie, że pora jest jeszcze nazbyt zimowa, aby jechać wprost do Paryża.

W Bernie czekał na mnie gość niespodziany i dawno już ostawiony9, który mnie napadł i na dłuższy czas zatrzymał. Napadły mnie lata moje młode. Wyjrzały na mnie gdzieś zza węgła starego domu, wionęły z wiatrem od Alp, zabłąkanym w ciasne ulice, zabrzmiały w echu kroków moich pod kamiennymi arkadami ulicznych podcieni, w plusku studni rzezanych, w szumie Aary pod mostem ogromnym na dnie głębokiego parowu...

Myślę czasem, że ludzie żyjący wciąż na jednym miejscu, ci „szczęśliwi”, co nie opuszczali nigdy miasta swego urodzenia i starzeją się tam, gdzie młodość niegdyś spędzili, tracą jedną rzecz niezmiernie cenną: możność odnajdywania wspomnień niespodziewanych a żywych na widok murów, co dawnych lat ich były świadkami. W codziennym patrzeniu tępieje w człowieku ten dziwny zmysł, co umie nieraz z drobnostki, po prostu z niczego, wyczarować przeszłość w barwach tak jaskrawych, ze śmiechem, który już przebrzmiał, z radością, co wyszumiała, ze smutkiem, co już minął i zmartwychwstaje znowu w tęsknej słodyczy zamyślenia.

I tą przeszłością, tą bujną młodością moją, przed laty w gronie uniwersyteckich kolegów tutaj spędzoną, upiłem się w pierwszych dniach przybycia mego do Berna. Aż dziw mi było, że tyle wspomnień, na pozór zgubionych, wstaje tak raźno przede mną i że takie bliskie są tu lata moje młode, choć tyle czasu i tyle różnych wypadków i pracy, i przejść leży między nimi a chwilą obecną.

A kiedy po kilku dniach pierwsze upojenie minęło i rzeczywistość zaczęła się przypominać a przeciwstawiać wspomnieniom, kiedy nareszcie spostrzegłem, że jednak wiele, tak wiele zmieniło się tu około mnie, a we mnie snadź10 jeszcze więcej od owych czasów szczęśliwych i smutek jął mnie nachodzić w mieście mojej młodości, tak że uciec chciałem już dalej: zatrzymały mnie znowu Alpy, płoniące11 się przed mymi oknami o wczesnym słońca zachodzie i zima cudowna, śnieżna, srebrną okiścią12 na lasach pobliskich nad Aarą leżąca.

Dawno zimy nie widziałem. Przez parę lat kwitnęły mi róże i dojrzewały w styczniu pomarańcze w oczach mych na palatyńskim13 wzgórzu; ostatni rok spędziłem w Krakowie, patrząc na beznadziejną szarugę... Cieszyłem się więc teraz śnieżnymi polami za miastem i tym cichym lasem osędziałym, oddychałem rzeźwym, mroźnym, od alpejskich dobrze mi znanych lodów wiejącym powiewem — zapominając prawie, że miałem jechać jeszcze gdzieś dalej.