Dopiero lutowe, tutaj już silniej nieco dogrzewające słońce pociągnęło mnie na zachód. Parę godzin spędzonych w wagonie — i przysiadłem znów w Genewie, ażeby patrzeć na szeroką, pod wschodni blask łyskliwą toń Lemanu i długie, ruchome na niej cienie białych łabędzi z wyciągniętą szyją. Tymczasem czerniały przede mną ogołocone ze śniegu wzgórza i tylko w dali, ponad sinymi lasami, lśniło się wieczyście białe czoło Mont Blanc...
A pisano mi z Paryża, że tam po styczniowych deszczach i powodziach słota trwa jeszcze ciągle i z rozkopanych ulic, z piwnic zatopionych powoli dopiero woda mętna odpływa.
Nie spieszyłem się więc; dobrze mi tu było włóczyć się po słonecznych, szerokich skwerach nad ogromnym jeziorem, wysiadywać pod napęczniałymi drzewami w pustych jeszcze ogrodach i cieszyć się, że nie przeszkadza mi żyć zgraja krzykliwa turystów, wielojęzyczną i pstrą falą miasto w lecie zalewająca.
I anim się spostrzegł, kiedy tam gdzieś poza Alpami wiosna się już robić zaczęła...
Zaświeciło mi któregoś dnia gorętsze słońce nad Lemanem, przyniósł mi o niej wieść wiatr zza gór wiejący, ciepły, mocny, który na równi z jesienną wichurą niebezpieczny jest dla nałogowych włóczęgów, rwąc ich nieodparcie w świat — na nowe drogi, do nowych krajów, w miasta jeszcze niewidziane, które dotąd śniły się tylko.
Zachciało mi się słońca. Oszalała, z dnia na dzień rosnąca tęskota za południowym słońcem nie dawała mi ani na chwilę pokoju. Dość mi było oczy przymknąć, a zwidywały mi się blaski jego złote na jakichś murach starych, ocienionych cyprysem, w szklance wina złotego, w złotym uśmiechu rozchylonych, młodych warg purpurowych...
Niepodobna mi było dłużej wytrzymać w Genewie, ale i to nie ulegało wątpliwości, że do Paryża już nie pojadę. Strach mnie po prostu ogarniał na myśl o wielkim mieście, o jego ruchu i gwarze i o tym życiu sztucznym, gdzie pory roku, słońce czy słota, są rzeczą podrzędną, którą się zaledwie ma czas zauważyć. Chciało mi się natomiast kultury jakiejś starej, nie blichtrem będącej ani pozłotą, ale tętnem życia samego, weszłej już w mury i w ziem14 rodzajną i w ludzi krew, tej, co rzymskiego robotnika, zaledwie czytać umiejącego, uprawnia do rzucenia z pogardą przechodzącym niemieckim wykształceńcom wyrazu: „barbari15!...”
Idąc na dworzec, nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę. Rzeczy odesłałem do domu — z małą jeno walizką w ręku czułem się lekki, swobodny, niezatroskany — pachniała mi już włóczęga, ta moja włóczęga zwyczajna, bez ściśle oznaczonego celu, bez obowiązkowych miejsc zatrzymania się i wymierzonego czasu: ot, gdzie oczy poniosą i jak Bóg poprowadzi!...
Odchodził właśnie pociąg do Grenoble, więc do Grenoble naprzód się udałem, aby po dwóch czy trzech dniach spędzonych w tym cudnym mieście z ducha romańskiego, ukrytym wśród gór śnieżystych, zwrócić się na zachód, ku Rodanowi. Z umysłu16 ominąłem wielki i fabryczny Lyon, dążąc na Walencję17 i Vienne18 do Orange, małej dziś mieściny, będącej niegdyś stolicą księstwa, a jeszcze dawniej, dużo dawniej, rzymskim grodem bogatym i ludnym na ziemiach galijskich...
Deszcz mnie tu naszedł niespodziewanie i chodził ze mną po ulicach miasta cichego przez nagie gałęzie platanów przesiany, przesłaniał mi srebrną mgłą stary rzymski łuk tryumfalny w szczerym już polu i ściekał pod mymi nogami z kamiennych stopni rzymskiego teatru...