I dziw! W tej chwili właśnie, kiedyśmy uginając się pod ciężarem, po piargach stromych w dół schodzić poczynali, rozjaśniło się niebo, od kilku dni zasnute: Tatry, broniące przed ludźmi zwłok syna swojego przez tydzień cały deszczem, mgłą i lodem, teraz żegnały wydarty sobie łup cudownym uśmiechem pogody!
O godzinie dziewiątej wieczorem złożyliśmy wreszcie zwłoki z ramion na Polanie Jaworzyńskiej, gdzie oczekiwała na nie przysłana z Zakopanego trumna i komisja sądowa z Kieżmarku. Pięć godzin bez mała trwało znoszenie.
Przy blaskach czerwonej pochodni odbyły się oględziny, przy blaskach pochodni lutowano trumnę, zamykającą się nad poszarpanym straszliwie strzępem ludzkim z roztrzaskaną na miazgę głową i połamanymi członkami. Upadek potworny zdarł zeń nawet ubranie; buty popękane ze zmiażdżonych stóp zleciały i tak je obok znaleziono.
Na podstawie ukształtowania ściany można sobie teraz cały wypadek dokładnie w myśli odtworzyć.
W sobotę 6 sierpnia, w deszczu, kurniawie126 i zawierusze Klimek, odwiązawszy się od liny, gdzieś o głaz zaciętej, którą połączony był z towarzyszami, Zaruskim i Zdybem, poszedł sam naprzód. Zdążano za nim w górę powoli, ale któż mógł doścignąć jego, orła skalnego! Parły go naprzód zwidzenia, czy też bystremu uchu jego rzeczywiście dosłyszalny głos żywego może jeszcze podówczas Szulakiewicza; nie chciał wracać mimo próśb i nawoływań. Przyszła nareszcie godzina, kiedy członkowie wyprawy z palcami ze skóry od chwytania się skał odartymi i zdrętwiałymi zimnem, znużeni i przemoczeni deszczem do granic ostatnich, po nocy nieprzespanej i dniu pełnym nadludzkiego wysiłku — zaczęli myśleć o powrocie, czując, że tyle im już tylko sił pozostało, aby wrócić z życiem w dolinę. Wtedy po raz ostatni Klimek ukazał się we mgle ich oczom, wysoko, wysoko ponad nimi, ramieniem do skalnego żebra przyparty, dążący, jak się zdawało, ku przełęczy między Małym Jaworowym a turnią obok sterczącą. Po raz ostatni wezwano go jeszcze do powrotu. Machnął ręką dwa razy i dłonią wskazał na grań, jak gdyby dając do zrozumienia, że tamtędy bezpieczniejszego przejścia dla siebie poszuka na drugą stronę, do Doliny Rówienek. We mgle wziął prawdopodobnie majaczące przed nim nowe żebro skalne za zbawczy grzbiet...
Zniknął za załomem z oczu towarzyszom, a ci, poczekawszy nań jeszcze nieco, zeszli sami w dół, zostawiwszy tylko linę dlań ku pomocy, gdyby namyślił się wracać tędy. Ale Klimek nie wrócił. Jak stwierdziliśmy później, zaraz za owym załomem znajduje się mocno nachylona, gładka płyta, po której prześlizgnąć się pewno starał na brzuchu, trzymając się rękoma skąpej trawki, w górnej szczelinie kędyś wyrosłej.
Rozmiękła deszczem około korzeni skąpa szczypta ziemi — puściła i Klimek zsunął się w dół. Na wystającym cyplu skalnym pozostał zaczepiony serdak jego i bluza, a on sam, z odzienia w pędzie się wyślizgnąwszy, runął z wysokości dwustu metrów w przepaść! Trzykrotna wysokość Wieży Mariackiej!
Cześć jego bohaterskiej pamięci! Zginął w górach, które tak ukochał, jak rycerz bez zmazy i strachu na stanowisku, nie chęcią zarobku, nawet w tej chwili nie owym pragnieniem dzikiej swobody, które nas gna we wirchy, wiedziony, ale najszczytniejszym i twardym, a dobrowolnie przyjętym obowiązkiem ratowania życia bliźniego. Składał to samo ślubowanie, które my wszyscy członkowie czynni Pogotowia Ratunkowego składamy: być gotowym na każde wezwanie we dnie i w nocy, w deszcz i w pogodę, w lecie i w zimie i z własnym zaparciem, bez względu na trudy i niebezpieczeństwa ratować do ostatnich sił tych, co w górach zginęli. Dotrzymał święcie ślubowania towarzysz nasz stary do tchu ostatniego, do ostatniej chwili życia. Jeżeli żołnierzom padłym w boju ordery na martwej piersi przypinają, to najwyższa zaszczytna odznaka powinna leżeć na trumnie tego chłopskiego bohatera z Podhala.
Zrozumiały to tłumy owe tysiączne, co za zwłokami jego szły na cmentarz. Biły mu wszystkie dzwony kościołów, płonęły w południowym słońcu pochodnie i dym kadzideł szedł ofiarny, ale ja wiem, że duchowi jego były najmilsze te wieńce z limb i kosodrzewiny, co górą wonnej zieleni mary jego pokryły!
Przemawiali nad grobem otwartym dostojnicy kościelni, przedstawiciele stowarzyszeń taternickich, Pogotowia Ratunkowego, którego niestrudzonym był członkiem, ludności miejscowej, inteligencji i przewodników; gdy po pogrzebie przy wrotach cmentarza stanęliśmy, aby grosz zebrać na jego pomnik, na głazu granitowego kawałek, co by świadczył o jego śmierci ofiarnej, obficie datki padały i to nie tylko z rąk ludzi zamożnych, lecz także z namulonych dłoni wieśniaków, jego współbraci i towarzyszy...