Niewątpliwie śmierć jego tragiczna przyczyniła się do wywołania owego głębokiego a powszechnego współczucia i żalu, które do grobu mu towarzyszyły, ale z naciskiem podnieść należy, iż niemniej życiem swym całym na nie zasłużył. Klimek Bachleda był naprawdę człowiekiem wyjątkowym. Ciężkiej pracy przez życie całe oddany, uczciwy, uczynny i przyjacielski, miał w sobie przedziwną szlachetność ducha i pogodę, i tę filozofię wrodzoną, która mu pozwalała ze skromnego stanowiska jego z uśmiechem patrzeć na wypadki i zdarzenia i równym przyjmować umysłem zarówno krzywdy losu, jak ludzi. Zszedł z nim do grobu nie tylko przewodnik doskonały i jedyny, który mimo lata podeszłe127 do nowej rozwiniętej techniki taternickiej dostosować się chciał i umiał, lecz także człowiek o inteligencji żywej, którego wszystko obchodziło i który o wszystkim zdołał sobie wyrobić sąd zdrowy a własny, a już nade wszystko serce ogromne a proste, każdej chwili do pomocy i poświęcenia się dla innych gotowe.

Ktoś powiedział, że to serce właśnie go zgubiło, każąc mu nie ustawać w poszukiwaniu zatraconego w Turniach Jaworowych człowieka... A jednak może nie tak należałoby powiedzieć. Wszak przez to serce właśnie na śmierć bohaterską go wiodące, zdobył ową pamięć czestną128 a wieczną, która po nim została.

Z Monachium (Salome Oscara Wilde’a)

(1905)

Dla pani Ireny Solskiej129

Żądała Pani, abym czasem donosił z tej mojej włóczęgi tegorocznej, com widział i słyszał, zwłaszcza w teatrach. Lato się już rozpoczyna i martwy sezon. W Mediolanie w ogóle w teatrze nie byłem, nie miałem jakoś ochoty, a w Szwajcarii także wolałem się włóczyć po górach, choć śnieg tam jeszcze leży, niż przypatrywać się w letnich teatrzykach marnym sztukom i aktorom...

Tu w Monachium jednak spotkałem się z rzeczą, o której chętnie Pani napiszę. Grano w Intimes Theater130 Salome131 Oscara Wilde’a132 z Lottą Sarrow w roli tytułowej, która ją objęła właśnie po współzawodniczce swojej, Lili Marberg.

Ludzie się zachwycali, ale ja mam wrażenie, że Lotta Sarrow grała źle. Mimo dużego talentu, mimo wszystkich zalet i korzystnych przyrodzonych warunków... Może ten sąd mój ostry stąd pochodzi, że rozczytując się w przedziwnym dramacie Wilde’a, nim go jeszcze po raz pierwszy na scenie zobaczyłem, jużem sobie był utworzył w duszy obraz tej właśnie Salomy133, obraz, którego mi jeszcze nie wcieliła żadna z widzianych dotąd w tej roli aktorek.

Przyznam się, że... czekam na Panią. Bo to moje najgłębsze przekonanie, że ze wszystkich znanych mi w kraju i zagranicą artystek Pani jedna posiada tę nadzwyczajną subtelność gry, tę prostotę przy niezmierzonym bogactwie środków artystycznych, tę miarę piękna i ten właśnie rodzaj inteligencji, które są potrzebne do zrozumienia i doskonałego odtworzenia postaci Salomy w dramacie Oscara Wilde’a. Nie mam zamiaru pochlebiać Pani jako artystce — wie Pani, że nie robiłem tego nigdy — ale doprawdy, że z utęsknieniem czekam tego wieczoru, kiedy zobaczę Panią jako Salome, wiem, że będzie to dla mnie najpiękniejszy wieczór ze wszystkich, jakie kiedykolwiek w teatrze przeżyłem.

Wie Pani, czytając przedziwny dramat Oscara Wilde’a, nie mogę się nigdy oprzeć myśli o obrazie Gustawa Moreau134... Zna go Pani, choćby z reprodukcji, nieprawdaż? Ta Salome, zaklęta niemal w posąg w jakimś momencie szalonego, prorokom śmierć niosącego tańca, wsparta cała na prawej, nienaturalnie wyprężonej nodze, z pochyloną nieco głową i rozkazująco przed siebie wyciągniętą ręką... Ma się czasem wrażenie, że to nie ona tańczy, ale na rozkaz jej cały świat do koła niej wiruje — ta hala przebogata, bajeczna i król Herodes na wyniosłym tronie i ta głowa świętego, którą ona już w myśli widzi — krwawą i promienną... A ona? — Ona jest tylko piękna i chce, aby się to działo, czego ona chce... I stoi tak, pewna swej władzy, prawie naga, w bezcennych jeno klejnotach około bioder i na głowie — i wyciąga dłoń: niechaj świat tańczy dokoła i król Herodes na tronie, i głowa Jana ucięta, który śmiał nią pogardzić... Tło bogate, malowane nader szczegółowo i wystudiowane nader starannie znika prawie sprzed oczu widza, tak dalece obraz cały wypełnia sobą ta postać zdecydowana, w dwie krzyżujące się linie rozpięta, władna. To nie jest opowiadanie, to nie jest ilustracja do tej lub owej chwili z dziejów Salomy — to zasadniczy moment, w który cała tragedia się ścięła i tak już trwać będzie — na wieki, na wieki...