— Johanaan!
— Kto woła? — pyta się prorok, nie patrząc na nią.
— Johanaan! Ja kocham twoje ciało, ponieważ jest białe jak lilia na łące, której jeszcze kosa nie tknęła, białe jak śnieg, co na górach Judei leży... Róże w ogrodzie królowej Arabii nie są tak białe ani stopy świtu, gdy przez zarośla się skrada, ani piersi księżyca, gdy leży na morzu, nic na świecie nie jest tak białe, jak ciało twoje! O, daj, niech dotknę twego ciała!...
Straszliwy potężny wybuch zmysłów! Nie istnieje już dla niej prorok, wobec którego kryła się jeszcze przed chwilą; widzi tylko człowieka, który pierwszy, swym zjawieniem, tchnął żądzę w chłodne dotąd jej żyły. — Tutaj trzeba zwrócić uwagę na tę prawdę ogólną, że najzazdrośniejszymi stróżami własnej czystości są ludzie najbardziej zmysłowi. A zwłaszcza do kobiet się to odnosi. Zdaje się, że jest w tym jakiś instynkt samozachowawczy, jakiś lęk mimowolny przed rozpętaniem żywiołów, nad którymi już później nie będzie można zapanować. W ten też sposób trzeba pojmować Salomę Oscara Wilde’a. Ta księżniczka, czysta rzeczywiście (a więc nie tylko fizycznie), ma pod chłodną powłoką ogień w swych żyłach, który teraz wybuchnął z nieposkromioną siłą. A przy tym pewien rys szatańskiej perversité144, tak właściwej postaciom Wilde’a i tak dla tej Salomy odpowiedni: Johanaan roznieca jej zmysły przez kontrast, przez to właśnie, że jest czysty jak księżyc, że chłodne musi być jego ciało... Jest coś prawie mistycznego w tym pożądaniu zmysłowym Salomy.
Na scenie potrzeba ogromnej miary i panowania nad sobą w tym całym ustępie. Lotte Sarrow tego nie miała, brakło więc także koniecznego tutaj stopniowania. Wybucha ona zaraz w pierwszych słowach: „Johanaan, ja kocham twoje ciało!” — przebiega szybko, w jednakowo namiętnie lubieżnym tonie, zdania następne i kończy, dotykając rzeczywiście pożądliwym, dorywczym ruchem ciała świętego, odepchnięta zaś przez niego, woła ze szczerym, histerycznym obrzydzeniem: „Twoje ciało jest ohydne! Ciału trędowatego jest podobne”.
To jest zupełnie fałszywe. A więc naprzód krzyk: „Johanaan!” — Prorok: „Kto woła?” — I znowu: „Johanaan!” — to już powściągliwiej — i teraz następne słowa, prawie że szeptem tajemniczym się zaczynają: „Ja kocham twoje ciało, ponieważ” itd. — Salome roznamiętnia się coraz bardziej, mistycznie-zmysłowo, jeśli tak rzec można, niepokalaną białością ciała proroka, aż kończy wybuchem, w którym jest lubieżna pożądliwość i modlitewna prośba zarazem: „O, daj, niech dotknę twego ciała!” Nie dotyka go jednak. To realne zetknięcie psułoby tutaj całą scenę. Ażeby potem następne słowa („twoje ciało jest ohydne” itd.) miały sens, trzeba by je już tylko tak pojmować, jak Lotte Sarrow, to jest, jako wyraz prawdziwego wstrętu, wynikłego z dotknięcia. To zaś nie mogło być myślą poety, wtedy bowiem cała scena rwałaby się w dziwny i niepojęty sposób, powracając wciąż do punktu wyjścia. Nie można by też zrozumieć, dlaczego Salome, przejęta wstrętem do ciała proroka, pożąda mimo to w dalszym ciągu jego włosów, jego ust. Mnie się zdaje tedy, że tę rzecz tak należy pojąć:
Salome wyciąga dłonie: „O, daj, niech dotknę twego ciała!” — odtrącona jednak pełnym oburzenia słowem proroka, cofa się z uczuciem przede wszystkim budzącej się już w tej chwili mściwości, że ten jeden, którego ona, dziewica, pożąda, głuchy jest na jej głos — a następnie i pewnego zawstydzenia otwartością, z jaką żądzę swoją wyjawiła. Te uczucia jednak i opór świętego, przyczyniają się tylko do podniecenia niezaspokojonej żądzy. I oto w tym nastroju, chcąc się — nieświadomie — bronić niejako przed samą sobą, woła Salome: „Ohydne jest twoje ciało!” — Nie myśli tego, nie czuje tego naprawdę, chce się tylko mścić tymi słowami na proroku, a przede wszystkim chce wmówić to sama w siebie! Stąd to powtarzanie wielokrotne: „tak, tak, ohydne!” — Gdy czytam te słowa, zdaje mi się zawsze, że słyszę w nich coś jakby nutę płaczu...
I odcień skargi słyszę też jeszcze w słowach bezpośrednio następujących: „Ale twoje włosy ja kocham, Johanaan!” Bo dla mnie nie ma tutaj dłuższej pauzy ani gwałtownego przeskoku ze wstrętu do pożądania nowego. Wstręt Salomy był kłamany; nie udało jej się wmówić go w siebie wobec żywego widoku czystego proroka, który wszystkie jej zmysły pociąga. Dlatego ostatnie słowa: „Tak, straszne, straszne, straszne jest twoje ciało!” powinny być wypowiedziane bez przekonania, z odcieniem skargi tylko i upojenia, wprost z treścią ich sprzecznego. I ten ton przechodzi na zdanie następujące: „Ale włosy twoje ja kocham!...” Skarży się: pomimo woli ja coś w tobie kochać muszę.
I znowu ta sama wzrastająca żądza, tylko silniej oddana niż w ustępie pierwszym, aż do słów: „Nie ma nic na świecie tak czarnego, jak włosy twoje! O, daj, niech dotknę twych włosów!” Poza tym do ustępu tego można zastosować te same uwagi, co do poprzedniego.
I jeszcze jedno odepchnięcie, jeszcze jedna próba zohydzenia sobie niedostępnego proroka, kończąca się, jak poprzednio, wzmożonym tylko pożądaniem — i wreszcie ten krzyk ostatni, straszny, który już do końca w sercu Salomy nie zmilknie: „O, daj, chcę usta twoje całować!”