Jest w tym okrzyku bezwzględne, całkowite i nieodwołalne oddanie się Salomy. U kapryśnicy mogły by te słowa uchodzić za objaw chwilowej fantazji, podnieconej i utrwalonej napotkanym oporem; u wyuzdanej lubieżnicy byłaby to tylko żądza, jedna z wielu, żądza posiadania — u Salomy jednak jest to oddanie się, choć zgodnie ze swym charakterem w takiej czynnej formie je wypowiada. W jej niedostępnym sercu dokonał się akt zgody na odrzucenie strzeżonej dotąd zazdrośnie czystości; ona od tej chwili należy już do Johanaana i biada jemu, jeśli on tego nie zrozumie lub zrozumiawszy, odrzuci dar i nie chcąc być panem tej, co sama nad sobą panowanie już straciła, bezpańską ją pozostawi!
— „O, daj, chcę usta twoje całować!” Nie słyszy obelg, którymi prorok jej odpowiada, nie widzi trupa Syryjczyka, który się wali między nią a świętego, nie zważa na krzyk przerażonego chłopięcia, na wołania żołnierzy, na straszną wieszczbę Johanaana. Cóż znaczy, że ktoś tam dla niej życie sobie odebrał? Wszak ona nie jego kocha, nie jego pożąda! — Zda się, że gdyby świat cały w gruz się począł w tej chwili rozpadać, ona by tego nawet nie spostrzegła. „Chcę usta twoje całować, Johanaan!”
Z przekleństwem na ustach zstępuje prorok na powrót do ciemnego więzienia, a Salome, przez zrąb studni przechylona, woła jeszcze za nim: „Ja będę usta twoje całować, Johanaan! Ja będę je całować!”
Stało się, Jan, święty i czysty, pomimo swej woli zgwałcił jej dziewictwo, a nie zaspokoiwszy żądzy, stokroć gorzej ją przez to pohańbił — i teraz musi nastąpić to, co nastąpi.
Ale w tej chwili, kiedy niemal z rozpaczą woła za znikającym: „Ja będę twoje usta całować!” — zamiar jej jeszcze się nie narodził. I dlatego ja w tym wołaniu nie słyszę groźby. Nie słyszę jednak także tryumfu, boć145 przecie Salome nie wie jeszcze w tej chwili, czy naprawdę i jak spełnić jej się to uda. Że tak jest rzeczywiście, że określony zamiar jej z wolna i później dopiero się zrodzi, najlepszym dowodem jest zachowanie się jej w następnej scenie. Wchodzi tetrarcha z orszakiem, lecz ona nie zbliża się ku niemu, nie żąda niczego od tego, który ostatecznie los Johanaana ma w swym ręku; ale w milczeniu siada na uboczu. Gwarno jest w orszaku królewskim, ale ona tego nie słyszy, z oczyma utkwionymi w ciemną głąb studni, myśli tylko wciąż uporczywie: „Byłam dziewicą, a ty mnie pogwałciłeś i wzgardziłeś mną. I nic, nic, nic mi za niepowrotną czystość moją nie dałeś. Ja będę twoje usta całować, Johanaan!” — I czuje, że choćby świat się miał zwalić, choćby rzeki krwi miały popłynąć, ona musi całować usta tego, co zabrał jej księżycowe dziewictwo i musi się zemścić zarazem za to, że zabrawszy, wzgardził nim i wziął je przez to na darmo.
Wreszcie tetrarcha zwraca się wprost do niej:
— Salome, pójdź, pij ze mną wino...
Drgnęła, jakby ze snu zbudzona:
— Nie jestem spragniona, tetrarcho...
Opryskliwy i krzykliwy ton, jaki Sarrow na przykład tym słowom nadaje, nie wydaje mi się właściwy. Dla mnie Salome tak pochłonięta jest tutaj swoją myślą, że odpowiada raczej z roztargnieniem, prawie mimowiednie. Dopiero w drugiej odpowiedzi: „Nie jestem głodna, terarcho!” i w trzeciej: „Nie jestem znużona...” słyszę pewną niecierpliwość, że jej nie chcą zostawić w spokoju...