Naraz z cysterny dobywa się złowróżbny głos świętego. Naturalnie, podczas tego Salome nie może się zachować biernie. Nie potrzebuje wprawdzie w teatralny sposób powstawać z miejsca ani zbliżać się do cysterny, ale powinna ruchem, drgnieniem dać wyraz temu, że ten głos jej nie jest obojętny.

— Tańcz dla mnie, Salome! — mówi po jakimś czasie lubieżnym wzrokiem pochłaniający ją Herodes.

— Ja nie chcę tańczyć, tetrarcho!

W tym może już być oburzenie. W owych czasach bowiem taniec nie krył się pod niewinne miano „towarzyskiej rozrywki”, ale był otwarcie tym, czym w istocie swej i dzisiaj jest jeszcze poniekąd, to jest lubieżną pantominą. Żądanie to więc tetrarchy musiało wywołać w Salome, pochłoniętej myślą o proroku, uczucie nienawistnego wstrętu: ona, tego czystego wzgardzona kochanka, ma jeszcze tańczyć teraz przed oczyma lubieżnego króla? Nigdy!

— Tańcz dla mnie, Salome! — prosi znów Herodes.

Teraz już z nienawistnym krzykiem księżniczka odpowiada:

— Ja nie chcę tańczyć, tetrarcho!

A Herodiada się śmieje:

— Widzicie, panie, jako was słucha...

I znowu długa pauza w roli Salomy. W tym czasie głos Johanaana odzywa się na nowo. Widzę Salomę, jak teraz całą twarzą ku cysternie zwrócona, naprzód podana, wsparła brodę na dłoniach i myśli: „Jak, jak, jak zrobić, abym ja usta twoje całowała, Johanaan, abyś ty mi za dziewictwo moje zapłacił? Obym bodaj uciętą głowę twoją mogła mieć w ręku i pieścić ją, ty Boży proroku, ty mój kochanku, któryś mną wzgardził!”