Król oniemiał; zdrętwiał cały dwór. Służebne podbiegają i zarzucają płaszcz na jej ramiona — ona sama zapomniała o tym, że jest naga. (Tego się zazwyczaj na scenie nie robi, nie wiadomo, dlaczego, kiedy to jest potrzebne).

Wśród głuchej ciszy odzywa się wreszcie głos Herodiady:

— Dobrze powiedziano, moja córko!

— Nie! Nie!— krzyczy Herodes, zrywając się z tronu. — Nie słuchaj matki! Ona źle ci radzi!

— Nie słucham mojej matki... — Pogarda w tych słowach. — „I cóż mnie obchodzi matka? — myśli. — Ona chce śmierci jego, bo go nienawidzi, a ja... ja...” — Kurcz jakiś chwyta ją za gardło, ale usta poczynają się uśmiechać — strasznie... — Dla własnej przyjemności ja żądam na srebrnej misie głowy Johanaana! — Spojrzała na króla; on się waha... Nagły lęk: „Może nie zechce zrobić tego... Jak to? Nie zechce? Więc wszystko, wszystko byłoby na próżno?” — Przysięgliście, tetrarcho! Nie zapominajcie, o tym, wyście przysięgli! — Patrzy nań pytająco, z zapartym oddechem... z obawą...

— Tak jest, przysiągłem, na bogów! Ale... żądaj czego innego ode mnie...

Pewna już jest. Otrzyma to, czego żąda, byle nie ustępować! Mówi więc stanowczo, ale spokojnie:

— Ja żądam głowy Johanaana.

— Nie, nie! Ja nie chcę!

— Przysiągłeś, tetrarcho.