I znowu — ostatnia już — pauza w jej roli, podczas której przemawia zalękły i zgrozy pełen Herodes. Aktorki wypełniają ją zazwyczaj na scenie dosyć sztuczną pantominą, która ma obrazować wewnętrzną walkę Salomy, pragnącej pocałować trupa i bojącej się tego pocałunku zarazem. Nie wiem, czy to jest właściwe. Mnie się zdaje, że Salome nie walczy — wszak „tajemnica miłości większa jest niźli śmierci tajemnica!” Pochyla się więc tylko z wolna, z wolna nad martwą głową — oczy jej szeroko rozwarte wpatrują się w zastygłe rysy świętego, dłonie drżeniem jakiejś niewypowiedzianej pieszczoty chwytają jego czarny skrwawiony włos, a namiętnie drgające usta, coraz bliższe są sinych warg proroka... Pierś jej wznosi się ciężko, a głowa opada — niżej i niżej... Jakiś lubieżny dreszcz ją przenika, ściska jej gardło i mrozem przebiega po grzbiecie... Oto twarz jej jest już przy martwym licu świętego, trupi zapach krwi nozdrza jej rozdyma i mąci wszystkie zmysły... O, te usta! Te usta skrwawione, te usta! „Małżonku!...” szepce.
A na tarasie tymczasem na rozkaz Heroda zgaszono pochodnie, księżyc nawet skrył się za chmurę, i teraz w cieniu rozlega się nagle straszny krzyk Salomy:
— Pocałowałam usta twoje, Johanaan! Pocałowałam twe usta.
W ciemności dokonał się okropny jej ślub z trupem, nierozerwalny ślub miłości i śmierci.
To jedyne zdanie może, które Lotte Sarrow znakomicie wypowiada; tyle jest w głosie jej obłudy, radości i zgrozy zarazem. Psuje jednak wrażenie zaraz następnymi słowami, zbyt obojętnie mówionymi, w których powinien być tajemniczy dreszcz i zdumienie: Oto jak gdyby ze snu się zbudziła — patrzy obłędnie wkoło, nie widząc nic... Czy to jej własne słowa, czy też coś innego szepce w niej tym dziwnie obcym głosem: „Gorzki posmak leżał na wargach twoich, czy to był posmak krwi? Czy też miłości posmak?...” I teraz tajemnica nagle zrozumiana, wielka, przerażająca: „Mówią, że gorzka jest miłość, ale (wykrzyk prawie obłędny) niech będzie! Niech będzie!...” Spazm ją chwyta za krtań, pochyla się, słania, opada nad trupem: „Ja całowałam usta twoje, Johanaan! Całowałam... twe... usta...” — Łkanie słyszę w tych słowach.
Herodes odwraca się jeszcze ze stopni pałacu:
— Zabić mi tę kobietę!
Żołnierze miażdżą tarczami jej ciało.
Czy Pani rozumie, że śmierć ta na końcu to nie wymiar kary dla winnej, lecz raczej akt litości ze strony poety nad nieszczęśliwą?
Salome nie jest winna zgoła ani niczemu. Winien jest tylko Johanaan święty... To dziwne, a jednak tak jest. On — mimowolnie — żar w niej rozpalił i nawet nie spróbował, będąc świętym, w czysty i boski płomień go zmienić, lecz wzgardził nią po prostu, zniszczywszy bezpowrotnie jej dziewictwo. Ona teraz nie tylko ukoić swoją miłosną tęsknotę, ale nadto pomścić się musi. W tym celu poświęci wszystko, nawet wstyd swój dziewiczy. Ale Johanaan i za to musi zapłacić. Szalonym, rozpaczliwym tańcem kupuje Salome nie tylko głowę proroka, lecz nadto prawo żądania jej. I obowiązek niejako. Tak wiele nie można dawać za darmo. I oto ma tę krwawą głowę w swych rękach, i czuje, jak miłość jej bezbrzeżną goryczą się staje, tryumf pozorny — ostatecznym pogromem całego żywota. Ta martwa głowa — to wszystko, co osiągnąć była zdolna za piękność swoją i miłość, za pogwałcone dziewictwo i wstyd swój pokalany. Błogosławiony rozkaz Herodesa, który ją chroni śmiercią od dalszego życia po tym dniu straszliwym!