— Fe! obrzydliwa historia. Nie powinnam jej była wcale słuchać. Pan tak szybko opowiadał, że nie miałam czasu zastukać. Gniewam się na pana i nigdy więcej nie pozwolę na podobne opowieści. Zresztą to wszystko nieprawda! Wszakże pan wówczas kochał się we mnie!

— Pani — —!

Po siedmiu latach

(1913)

Cicho jest na Kapitolu, jak zawsze bywało... Patrzę z balkonu mojego mieszkania na ruiny Forum: złote są od zachodzącego słońca i złoty za nimi gigantyczny mur Koloseum163 aż po przecinającą go sylwetę dzwonnicy Santa Francesca Romana. Od niej na lewo zrąb olbrzymi, kamienny, z powyrywanymi na blady błękit jesienny oknami, w mroku już tonie i coraz więcej ciemnieje.

Wszystko jest tak, jak bywało. Tylko tam przed świątynią Faustyny i Antoniusza164, gdzie przed wiekami Basilica Aemilia165 stała, poszerzył się nieco rozkop i zniknęły stare domy nadbrzeżne, na które jeszcze przed siedmiu laty z okien tych samych patrzyłem... Jeno tam na Palatynie zmienił się tak dobrze znany mi i pamiętny zarys willi Mills166 pada już pod oskardem, idącym w głąb szukać najstarszych, republikańskich domów pod pałacem Flawiuszów167 — ale drzewa widzę z dala nad wzniesionymi przez Tyberiusza i Kaligulę168 murami te same, dęby wiecznie zielone, pomarańcze, kilka cyprysów i ten w pośrodku pióropusz palmy samotnej...

Wszystko jest tak, jak bywało.

A jednak... a jednak...

Hej, przyjacielu, który mi w liście przypominasz, że jest cudne frascati169 w Gospodzie pod Trzema Zbójami, bursztynowe i krwawe falerno170 i capri171 białe u Cassiano Viani, małmazja172 na Monte Brianzo, orvieto173 przy Piazza del Popolo i około św. Apostołów boskie „est-est”174, w którym jakiś kardynał, mający pono zostać papieżem, tak się rozsmakował, przez Montefiascone przejeżdżając, że na conclave175 nie zdążył i zapił się na śmieć... Piłem ja ci falerno i capri, i orvieto, aż do dna grubej chłopskiej szklanki, w której mi ten nektar podawano, ale lat swych dawnych już w niej nie znalazłem!

I powiedz ty, czy to nie zabawne, że my zawsze lat swych dawnych szukamy? Że od pewnego punktu w życiu zaczynamy iść z twarzą zwróconą wstecz i może przystanąć radzi, a ciągle, ciągle dalej idący? I czy to nie zabawne, że we wspomnieniach zgubieni, tak często nie umiemy wyzyskać chwili obecnej, której znowu za rok czy za dziesięć lat szukać będziemy jak uronionego skarbu?