— Zbrodniarzu! A mówił pan, że pan nie używa nigdy przemocy!
— To był czysty przypadek, że się zapięcie na ramieniu cokolwiek rozerwało.
— I o czym żeście mówili?
— Ach, o różnych rzeczach, nawet o pogodzie. Wreszcie ona zaczęła opowiadać, że ze sklepu i z ulicy zna wielu cudzoziemców, ale, dodała ze smutnym westchnieniem, wszyscy są heretycy. „Ja nie jestem heretykiem”, zaprzeczyłem odruchowo i bez głębszej myśli. Ożywiła się widocznie. „Jak to? Ty nie jesteś heretykiem?” „Nie, my Polacy wszyscy jesteśmy katolikami”. Zerwała się i usiadła na łóżku, nie zważając na rozerwaną na ramieniu koszulkę. „Sei catolico?”159 „Si, sono catolico”160, przyświadczyłem. Oczy jej płonęły niedowierzaniem i radością. „Evvero?”161 „Davvero162”. Zawahała się na moment. „Mów Ave Maria!”
— Ha, ha, ha! To było przepyszne!
— Ukląkłem na brzegu łóżka, w bieliźnie, tak jak byłem, i jeszcze nieco podniecony...
— Bluźnierco! Świętokradco!
— Zaręczam pani, że dawno nie odmawiałem tej modlitwy z takim nabożeństwem, jak wtedy. Natężałem pamięć, aby nie zmylić łacińskich słów tekstu. Słuchała z napiętą uwagą jak najostrzejszy katecheta...
— I cóż?
— Zaledwie skończyłem, poczułem dwoje ciepłych słodkich ramion, otaczających mą szyję z najzupełniejszym miłosnym oddaniem... Rankiem, po jednej z najrozkoszniejszych nocy, jakie w życiu spędziłem, całując jej omdlałe i senne oczy, zapytałem o powód wieczornego oporu. „Obawiałam się — rzekła, cała do mnie przytulona — że jesteś heretykiem. Ksiądz by mi wtedy nie dał rozgrzeszenia”. Oto wszystko.