— Zostaliście więc w tym pokoju?

— Zostaliśmy więc w tym pokoju. Służyłem jej przy rozbieraniu jak najzręczniejsza garderobiana, z delikatnością i taktem, który aż mnie samego zadziwiał. Była jak kwiat. Czyściuchna, cienka bielizna pachniała jej młodą, zdrową krwią; skóra jej, złotawym meszkiem pokryta, miała słodycz i miękkość dojrzałego owocu brzoskwini...

— Och! Och!

— Tak, pani. Całowałem jej ręce i nagie, ściśnione, drżące kolana. Nasunęła rozpuszczone włosy obiema dłońmi na oczy i drżała cała pod moimi chłonącymi pocałunkami, oddychając ciężko młodą, cudnie utoczoną, gwałtownymi ruchami wznoszącą się piersią. Ilekroć jednak chciałem ją wziąć w ramiona, odpychała mnie całym wysiłkiem. „Nie, nie! Nie można!” Wtuliła się wreszcie pod kołdrę i z oczyma pełnymi łez zaczęła prosić, abym się na nią nie gniewał i całować mnie po twarzy palącymi wargami... Spróbowałem jeszcze objąć jej kibić. Usunęła się. „Nie, nie! Nie można. Kocham cię, ale... nie można”. Trwało to z godzinę. — Pani wie, że brzydzę się nawet pozorem wszelkiej przemocy...

— Skądże ja to mam wiedzieć? Niestety!

— Przepraszam. Tuszę158 więc, że się pani domyśla. Nie sięgam nigdy po owoc, który sam mi w rękę nie spada...

— Tak, ale gałąź przechyla pan i trzęsie odpowiednio?

— To już rzecz inna. To tylko dla wypróbowania, czy owoc dojrzały. Ten widocznie dla mnie nie dojrzał — pomyślałem z bólem serca i zły usiadłem na fotelu koło łóżka.

— Chciałabym widzieć wówczas pańską minę!

— Nie była nazbyt ciekawa. A nawet przyznam się, że nieco głupia. Zaczęliśmy przyjemną towarzyską rozmowę o rzeczach o ile możności obojętnych, którą jednak mącił mi ciągle widok jej nagiego ramienia, wysuwającego się spod kołdry w osłonie potarganych nieco koronek jej koszulki...