O, żyć, żyć, być bodaj widzem życia na wieki!

Oto na Corso176 przed wystawami sklepów złotniczych, przed składami futer i drogich materii, przed kawiarniami — błyszczą ogromne czarne oczy kobiece, rysują się pod zimowymi kapeluszami profile delikatne i wytworne, wykwita uśmiech drobnych, krwawych ust ponad futrzanym lisim kołnierzem. Przed słońca zachodem, na Pincio177 rzymskie patrycjuszki w bezcennych naszyjnikach z pereł płyną rzeką wolno posuwających się powozów i samochodów, patrząc obojętnym wzrokiem na mijających je przechodniów, piękności swej świadome, dumne i ogień szlachetnej krwi pod chłodną, białą skórą tające. Na Piazza Venezia, przed kawiarnią Faraglii, za stolikami, szeroko na chodniku rozstawionymi, słuchając orkiestry, śmieją się cudzoziemki, z krajów dalekich, północnych urok swej świeżości, jasnych włosów i oczu swych błękitnych przynoszące. A na Piazza Navona, za Porta der Popolo, na Borgo, na Trastevere Rzymianki krwi najczystszej, dawne szlachetne latyńskie plemię, smagłe, śmigłe, o rysach, niegdyś w gemmach178 rżniętych, z krwawymi usty i palącymi jak noc pełna pożaru oczyma... W barwnych strojach, z koszami jarzyn na głowie, z naręczem kwiatów albo z opałką179 pełną bielizny o biodro opartą, snują się z gwarem i ze śmiechem wąskimi uliczkami do fontann na małych placykach, na targ poranny, przed stare kościoły...

Siadam w progu winiarni, między woźnicami, przybyłymi z Kampanii na malowanych wozach dwukolnych z przedziwnym na przodzie palankinem180 i dziesiątką jęczących dzwonków — i pijąc z nimi wino, na albańskich181 wyrosłe wzgórzach, patrzę na złote plamy słońca, gdzieś ze szczytu wysokich dachów na bruk strząśnięte, i czuję, jak krew moja bije w takt z bujnym, żywym, gorącym tętnem ulicy.

O, żyć, żyć! Chociażby widzem być życia wieczystym!

*

Mam przyjaciela — starego szewca na Via Aracoeli. Przed laty naprawiał mi buty, na zamiejskich drogach zdarte, i zawsze źle, gdyż jako zasadniczy przeciwnik kołków przybijał mi wbrew moim błaganiom i zaklęciom oderwane podeszwy mosiężnymi ćwiekami. Mimo to byliśmy w przyjaźni; staruszek znał Polaków, jeszcze tych sprzed lat pięćdziesięciu182, których burza z ojczyzny aż do Rzymu wyrzuciła...

Dawniej zachodziłem do niego często na pogwarkę o szarej godzinie, kiedy przez szklane drzwi do małej izdebki za mało się już światła dostawało z ulicy, aby mógł pracować, a mosiężnej, lampy oliwnej jeszcze mu niepilno było zapalić. Zdejmował wtedy z nosa okulary, grube ręce o fartuch ocierał i zaczynał opowiadać, jak to włoskie wojska Rzym na cudzoziemskich, zaciężnych gwardiach papieskich zdobywały183 i jak tu obok, na Kapitolu, zabrzmiał po raz pierwszy okrzyk: „Viva Italia unita e libera!184, i jak bito w spiże armat i dzwonów, i jak chorągwie przed poległymi skłaniano — a patrzył na to z nim razem un signor Polacco185, który dziś już nie żyje, i płakał cicho szeroko rozwartymi, krwawymi oczyma.

Powstawał wtedy w ciemnej izdebce szewc staruszek i płakał sam, i rękę spracowaną do góry podnosił, przypominając, jak on, rzymianin, w szeregi bojowników za wolność z miasta rodzinnego uciekłszy, witał się z nim potem po latach ze szczytu Gianicolo, stojąc z bagnetem podle186 żującego wędzidła konia Garibaldiego187.

Słuchała go wraz ze mną wnuczka dwunastoletnia, dużymi czarnymi oczyma z zadumą w twarz starca rozpłomienioną się wpatrując, i szary kot ulubieniec, zdziwiony, że pan jego, któremu zwykle spokojnie podczas pracy spał przy nogach, rękoma wywija i krzyczy...

I oto po latach siedmiu staruszek znów mi — po raz dwudziesty może — o dniu owym opowiada... Tak samo jak wówczas. Jeno zgarbił się jeszcze więcej i rąk już tak żywo do góry nie wznosi, jeno głos mu osłabł i kaszlem się często przerywa... I znowu wnuczka siedzi na tym samym, słomą wyplatanym krześle, w kącie warsztatu: dziewczyna już teraz dorosła i śmigła, gorącymi oczyma na świat patrząca, i kot ten sam, postarzały, drzemie w kącie na pęku skór, niewrażliwy już na głos i ruchy swego pana.