Tutaj są dopiero prawdziwe narodziny sztuki i tu jest dalszych jej losów wytknięcie. Człowiek spostrzegł, że utrwalając swe wrażenia w pewnej względnie prostej formie, może je w ten sposób ludziom narzucać, i wynalazł przez to nowy sposób porozumiewania się, a nawet więcej: sposób władania nad duszami swych bliźnich.
Z tego wyrosła cała sztuka i w tym ona jest aż po dzień dzisiejszy. Dalszy rozwój wypełnia to koło nowymi momentami, okrywa niejako ciałem ten szkielet, ale poza ten zakres nie wyprowadza sztuki nigdy i nigdy wyprowadzić jej nie może...
IV
Nim odpowiem na zarzuty, jakie mi w liście stawiasz, przypomnieć Ci muszę jeszcze raz, że w tym, co tu piszę, nie mogę się kusić nawet o ścisłość i zupełne wyczerpanie materiału. To w tej chwili przechodzi moje zamiary, a może i siły... Pytałeś mnie, a więc chciałem Ci tylko pokazać w skróceniu drogę, na jakiej doszedłem do pojęć swych o sztuce. Wiem, że są w niej luki — jeśli mi je wskażesz, będę je wypełniał, o ile mi starczy zebranego materiału, ale drogi samej nie porzucę, ani o słuszności wyników wątpić nie będę, dopóki mnie nie przekonasz, że jestem zasadniczo w błędzie. Nie wierzę zaś, aby to się mogło stać naprawdę. Zbyt pewien jestem...
Zarzucasz mi, że przeskoczyłem przez pewne zjawisko, narodziny tej wyraźliwej sztuki poprzedzające, pobieżnie tylko o nim wspomniawszy, a mianowicie zjawisko zdobienia geometrycznymi figurami przedmiotów codziennego użytku, a następnie zapytujesz mnie jeszcze, gdzie w mojej teorii miejsce jest dla harmonii i w ogóle tak zwanego pospolicie piękna, które przecież jest w sztuce czynnikiem nie do pominięcia... Naumyślnie zestawiam te oba zarzuty, choć Ty je nie razem wymieniłeś, gdyż równocześnie na nie odpowiem.
Zdobnictwo jest objawem zgoła innym i nie ma nic wspólnego z żądzą poznawczą, która bądź co bądź leży na dnie pierwszych dzieł sztuki. Jest to rzecz zmysłów, które znajdują przyjemność w kombinacji pewnych form, a zwłaszcza takich, gdzie różne pierwiastki — czy to linie, czy barwy, czy dźwięki — zostały w jedność sprzęgnięte. Przyjemność estetyczną — wyraz doskonały, ponieważ greckie jego znaczenie określa od razu, o co tu chodzi. Spostrzegając pewne rzeczy, musimy je mniej lub więcej mozolnie apercypować, to znaczy na zasadzie podobieństw i pokrewieństw wiązać z istniejącą już treścią naszego umysłu. Jeżeli natomiast mamy dany kompleks wrażeń: a, b, c, tego rodzaju, że związek między nimi już istnieje, a nadto, chociaż jest nowy, tak do zmysłów naszych przystosowany, że umysł w swojej treści, poprzednim doświadczeniem zdobytej, znajduje od razu punkty oparcia dla jego apercepcji — to owa łatwość, z jaką w takim razie ów kompleks wrażeń sobie przyswajamy, wywołuje w nas uczucie zmysłowej przyjemności. Tu leży źródło przedmiotowo tego, co nazywamy harmonią, podmiotowo zaś wszelkiej estetycznej rozkoszy. Nie potrzeba już zdaje się dowodzić, że im będą różnorodniejsze pierwiastki i im doskonalsza jedność z nich osiągnięta, tym intensywniejsza będzie rozkosz estetyczna. Najprostsza i najprymitywniejsza będzie ona tam, gdzie różności prawie że nie ma, a jest tylko pewien porządek lub ciągłość bodaj, spostrzeganie i apercepcję ułatwiająca, np. symetria, regularna krzywizna itp. O tym zaś, gdzie różność w jedność się stapia, a gdzie nie, wyrokują w pierwszym rzędzie nasze zmysły, a raczej sama ich organiczna budowa; jako przykład najprostszy niech posłuży połączenie dźwięków w akordzie, albo zestawienie barw dopełniających. Rzecz naturalna jednak, że zmysły nasze podległe są i w tym względzie kulturze i wysubtelnieniu, co pociąga za sobą mnożenie i wysubtelnianie rozkoszy estetycznej.
Dotknąłem tutaj sprawy, która już sama jedna mogłaby się stać przedmiotem gruby tom obejmującego studium. — Nie mam zamiaru pisać. — To, com tutaj powiedział, wystarcza mi najzupełniej, chciałem Ci bowiem tylko zwrócić na to uwagę, że zmysł estetyczny, harmonia i w ogóle to, co nazywamy pięknem, zgoła inne miało początki aniżeli sztuka sama, która nie ze zmysłowych, ale z intelektualnych przeważnie wypłynęła pobudek. Połączenie — i to nader ścisłe — tych dwóch strumieni, z różnych płynących źródeł, dokonało się dopiero następczo.
I to przyciąganie — iż tak rzekę — było wzajemne. Przede wszystkim momenty sztuki wchodziły do zdobnictwa.
Jeżeli pominiemy pierwsze stroje, wojenne i weselne, jako rzeczy inny mające początek, bo wynikłe z chęci nadania sobie okazałości lub zwrócenia na siebie uwagi, to zdobnictwo przedstawi nam się przede wszystkim jako nadawanie pewnej estetycznej (co to znaczy, już powiedziałem) formy przedmiotom do użytku służącym, a następnie pokrywanie ich wzorami, pierwotny zmysł estetyczny zadowalającymi. Początkowo mogły to być po prostu karby i nacięcia na drewnianej rękojeści młota kamiennego, przerywające monotonię wygładzonej powierzchni drzewa, później pojawił się ornament geometryczny, kombinacja linii i kół ze ścisłym o ile możności zachowaniem symetrii. A nareszcie te koła i te linie, faliste czy proste, i owa symetria nie były niczym innym, jak utrwalaniem wrażenia odniesionego z obserwacji przyrody. Najlepszy dowód, że ornament geometryczny objawia bardzo wcześnie dążność do przemienienia się na rośliny. Miejsce kół i linii zastępują gałązki, liście, kwiaty, — rysowane zrazu niedołężnie, schematycznie, następnie coraz wierniej. Początkowo mógł człowiek nie znajdować interesu w odtwarzaniu dokładnym widzianych tworów przyrody, wystarczyło mu wzięcie z nich tylko geometrycznego motywu, który mu sprawiał przyjemność estetyczną, a zresztą może i niewyrobiona technika nie pozwalała mu na więcej. Z chwilą jednakże, gdy na miejscu geometrycznych wzorów pojawiają się rysunki roślin, a później i zwierząt, środkiem zdobniczym staje się dzieło sztuki, z innych pobudek, a nie z chęci zadowolenia estetycznego zrodzone. Że tutaj, dzieło sztuki wartość swoją pierwotną i zasadniczą poniekąd utraca i tylko środkiem zdobniczym się staje, dowodzi bodaj wszędzie objawiająca się dążność do odwrotnej przemiany, to jest to stylizowania wiernie początkowo odtwarzanych form, czyli do zachowania z nich znowu tylko tego, co daje wyłącznie estetyczne zadowolenie, z pominięciem pierwiastka intelektualnej wartości.
Tu jest początek tak zwanej sztuki stosowanej, a po części i dekoratywnej.