Mógłbyś mi zarzucić, że i to jeszcze nie jest początek sztuki, że sięgnąć by trzeba jeszcze wstecz do najpierwszych, geometrycznych ozdób i form przedmiotów codziennego użytku, do pierwszych strojów weselnych czy też wojennych... Myślę, że i to należy wziąć pod rozwagę, jeno że objawy to tak pierwotne, iż usuwają się prawie spod klasyfikacji, lepiej więc rozpocząć tam, gdzie ta klasyfikacja jest już niewątpliwa, a następnie dopiero i tamto uwzględnić. W zachowaniu takiego porządku byłaby właśnie metoda biologii, o której w poprzednim liście wspominałem...
Ta pierwsza klasyfikacja wyłania się, niejako samorzutnie, z uwzględnienia czynnika praktyczności. Te wszystkie rzeczy, które już tu ośmielam się nazwać pierwszymi wytworami sztuki, mają tę wspólną cechę, że nie posiadają praktycznej wartości, jak na przykład broń, narzędzia, odzież — z jednej, z drugiej strony wyrazy i znaki do porozumienia się służące. Są same dla siebie. Chodzi więc o to, co się w nich wyraża, jakie je stworzyły psychologiczne motywy.
Nasuwa się myśl o przyjemności jako celu tego „artystycznego tworzenia”. Ale to zgoła niczego nie wyjaśnia. Przede wszystkim, o jaką przyjemność chodzi? o którą? Czy o tę, której doznawał sam twórca, czy też o tę, którą chciał innym przez dzieło swoje sprawić? Oczywiste, że tej drugiej nie można brać w rachubę; jest ona dopiero rezultatem końcowym i nie mogła przeto być przyczyną powstania sztuki. Co zaś do przyjemności czy zadowolenia twórcy samego, to właśnie określić dopiero potrzeba, dlaczego mu to rysowanie lub składanie opowieści przyjemność sprawiało? jakie wewnętrzne w nim zadawało popędy? Gdybyś mi nawet powiedział, że to zajęcie było dla pierwotnego człowieka po prostu rozrywką, zabawą, to jeszcze niczego mi to nie wyjaśnia — i wciąż mam to samo prawo zapytać: dlaczego?
Spróbujmy sobie odtworzyć psychologię takiego półnagiego jegomościa, który zjadłszy udziec jelenia na śniadanie, zabierał się następnie do wyrzeźbienia na kawałku wygładzonego rogu portretu nieboszczyka... Mówi się tu zazwyczaj na wstępie o zmyśle naśladowczym u człowieka. Zapewne. Ciekawe tylko, dlaczego się tu zmysł w ten sposób objawiał, w obrazowaniu? Czysty zmysł naśladowczy, z żadnymi innymi motywami nieskombinowany, wiódłby chyba co najwyżej do naśladowania ruchów lub ryków zabitego jelenia, ale nie do żmudnego rycia jego sylwetki na twardym materiale. W ogóle zdaje mi się, że cały, częstokroć w doniosłości swej przeceniany zmysł naśladowczy w intelektualnym rozwoju ludzkości redukuje się do brania pewnych gotowych form z przyrody dla dzieł, do których one się nadać mogą, i nie jest niczym innym, jak tylko ekonomią myślenia, fizykalną zasadą najmniejszego wysiłku, do psychicznych zjawisk zastosowaną. Wiele by zresztą jeszcze w tym względzie było do powiedzenia — to pewne, że popęd do naśladowania, będąc wcale ważnym czynnikiem w rozwoju sztuki, bynajmniej jej jeszcze sam zrodzić nie mógł ani tym samym nie określa jej istoty.
Zdaje mi się, że na początku przeważną261 rolę odgrywał tutaj moment poznawczy, i pod tym względem zgadzam się najzupełniej z Womelą, choć sądzę, że w dalszym rozwoju sztuki on nazbyt i niesłusznie przewagę tego czynnika akcentuje. Zaznaczę Ci zresztą później punkt, na którym się drogi naszego myślenia rozchodzą.
Ale wracajmy do rzeczy. Otóż człowiek pierwotny poznawał świat. Poznawanie to przede wszystkim polegało na tym, że spostrzegał pewne rzeczy, na które dotąd nie zwracał uwagi. To go zastanawiało, dziwiło, jako rzecz nowa domagająca się dopiero w umyśle właściwej apercepcji, a tym samym i utrwalenia. Ta psychologiczna dążność do utrwalenia wrażeń objawiała się u niego na zewnątrz mimowolną chęcią obrazowania. Obrazował więc rzeczy widziane w rysunkach, przeżyte w opowiadaniach, odczute w krzykach, składających się na pierwszy śpiew, pierwszą muzykę.
W tym już znajdował zadowolenie, towarzyszące zawsze uzewnętrznianiu jakiegoś procesu duchowego u człowieka. Jest to uczucie pewnej ulgi po prostu, do którego przyłączała się jeszcze uciecha, wynikła z uświadomienia sobie własnej sprawności, własnej dzielności, w dziele objawionej.
Moment poznawczy jednakowoż, stojąc u kolebki sztuki, nie zakreślił jeszcze sam jej dalszych dróg, mogło z tego wyniknąć coś zupełnie innego, i o tym właśnie zdaje się zapominać Womela. Stworzył on ścisłe badanie, a w następstwie naukę. Już w samym popędzie do uzewnętrzniania wrażeń tkwi pierwiastek inny, zmysłowy. A z tym w pewnym związku znajduje się przemożny czynnik, który według mego zdania dla sztuki, formalnie przynajmniej, jest rozstrzygający i nadaje jej dopiero cechy właściwe.
Wyobraź sobie takiego pierwotnego rzeźbiarza w otoczeniu współtowarzyszy. Wyrysował jelenia i spostrzega, że wszyscy, którzy rysunek jego widzą, rozumieją, o co mu chodzi! — Nie tylko utrwalił swoje wrażenie, ale nadto narzucił je innym. I to narzucił bezpośrednio, bezwzględnie. Nie potrzebuje niczego tłumaczyć, ani wykładać, nie potrzebuje używać mowy, to jest opierać się na poprzednim porozumieniu co do znaczenia symbolicznego pewnych wyrazów i ich zestawień. Przeniósł niejako w duszę widzów wprost swoje wyobrażenie, a przynajmniej to z niego, o co mu najwięcej chodziło, i uczynił to, nie pytając ich z góry o zgodę: zmusił ich, aby sobie pomyśleli to, co myślał on sam i czemu w rysunku dał wyraz.
To samo zjawisko spostrzegł pierwszy śpiewak, czy muzyk; pewne krzyki, dźwięki pewne wywoływały w słuchaczach uczucia smutku, wesela czy grozy — te uczucia właśnie, które wyrażał w nich śpiewak. A nie potrzeba było do tego używać namowy ani przekonywania, że w tej chwili powinni być smutni czy weseli — sam dźwięk, samo dźwięków zestawienie wystarczało zupełnie, ba! robiło nawet więcej, bo do tych uczuć zmuszało.