— Tak. Co ja z tym zrobię teraz?

Postawił ją z powrotem na stole i schylił się, aby pozbierać rozrzucone na podłodze koperty. Robił to systematycznie i dokładnie. Brał jedną po drugiej w rękę i układał je w stos, adresem do góry, bacząc, by pisma nie położyć przewrotnie.

Koperty były różne formą i papierem, ale pismo na nich jednej i tej samej ręki. Tylko adres się zmieniał. Czasami stało wyraźnie imię i nazwisko odbiorcy, kiedy indziej znów tylko jakieś litery snadź umówione z dopiskiem „poste-restante77”.

Jeśli któraś z nich była zmięta, Poleski wyrównywał ją i wygładzał dłonią, nie zdając sobie zgoła sprawy z tego, co robi.

Wreszcie drgnął. W jednej z podjętych kopert zaszeleściło coś wewnątrz, jak gdyby list, przez Turskiego zapomniany... Mała, kilkunastoma wyrazami zapisana kartka, która się zaczepiła o sklejenie i nie wypadła, gdy list wyciągano...

Poleski odłożył ją na bok i strąciwszy na podłogę w nieładzie ułożony pracowicie stos kopert, począł rozgorączkowanymi palcami szukać w pozostałej reszcie...

Oto jeszcze jeden list, większego nieco formatu do zbyt małej koperty włożony, który wraz z innymi nie wypadł — i jeden jeszcze, leżący na ziemi osobno...

Zgarnął łup w rękę i poszedł z nim ku oknu.

Tutaj dopiero, usiadłszy w fotelu, oprzytomniał i zaczął sobie zdawać sprawę z tego, co robi.

— Po co ja to wziąłem? — pomyślał. — Przecież tego czytać nie będę, nie do mnie pisane.