Wreszcie robota była skończona. Po stosie zwęglonego papieru chodzić zaczęły ostatnie, krwawe wężyki iskier; gdzie przeszły, zostawał już tylko szary, wiotki popiół. Na stole stała szkatułka otwarta i pusta.
Turski podniósł się z twarzą od ognia zarumienioną.
— Przepraszam cię bardzo za to całopalenie w twoim domu, ale nie chciałem tego brać z sobą. Koperty każ służącemu usunąć. Niech je wrzuci pod piec w kuchni.
— Dobrze.
— I nie będę ci więcej czasu zajmował. Zmęczony jesteś. Przyjdę innym razem, to pogadamy, może serdeczniej niż dzisiaj. Mam ci wiele do powiedzenia.
— Dobrze, dobrze. Do widzenia.
Został znowu sam.
Chodził po pokoju i rozmyślał, co to się stało? A właściwie nawet nie rozmyślał, jeno powtarzał sobie uporczywie to pytanie, nie umiejąc nie tylko sformułować na nie odpowiedzi, lecz nawet treści jego pojąć.
— Aha, co się to stało? — powtórzył, zatrzymując się przed biblioteczną szafą i obcierając bez myśli z kilku starych tomów bardzo starannie kurz na grzbietach osiadły.
Wyjrzał potem oknem, przypatrując się pilnie przechodniom, chociaż go to nic nie obchodziło, co się dzieje na ulicy. Wreszcie podszedł ku kominkowi. Wziął próżną szkatułkę w rękę i począł ją oglądać, jak gdyby ją widział po raz pierwszy. Przyjrzał się uważnie wertheimowskiemu76 zatrzaskowi, zeskrobał paznokciem osiadłą na nim plamę rdzy, dotknął palcami na czerwono wylakierowanego wnętrza...