— Wypoczniesz. Nie będę ci długo czasu zabierał. Każ tylko służącemu przynieść kilka szczap suchych.

Poleski, spełniając życzenie, zadzwonił i wydał odpowiedni rozkaz. Patrzył już z pozorną obojętnością, jak Turski z przyniesionych polan rozpala ogień na kominku. Zdawało mu się z początku, że nie wie, po co się to dzieje właściwie, a potem naraz się ucieszył.

— Tak lepiej — myślał — lepiej! Nie będziesz miał tego! To zginie w ogniu... Jakiś ty głupi!

Z drapieżną złośliwością śledził walkę na twarzy Turskiego i czuł, że dawny przyjaciel jego zawahał się na moment, że chciał może jeszcze list który wziąć w rękę, przypomnieć sobie jego treść, pocałunkom równe słowa przebiec oczyma...

Wytężył całą swą wolę i słał ją oczyma w Turskiego.

— Nie będziesz czytał, nie będziesz! nie będziesz! — powtarzał w duchu, jak rozkaz.

Gdy jednak ujrzał, jak Turski pierwszą garść papieru w dłoń bierze i rzuca w ogień, ciemno mu się w oczach zrobiło. Przemocą tylko powstrzymał się od krzyku. A potem list za listem, list za listem szedł przed oczyma jego w płomienie...

Miał jakieś gorączkowe złudzenie, że to on sam jest książką i ktoś wyrywa z niego, z jego wnętrzności kartę po karcie i rzuca w wysoko strzelający ogień... Uczucie rosnącej, bolesnej, zimnej pustki, jakiegoś zdzierania z jego krzywych kości po kawałku skóry, mięśni, żył... Działa się rzecz niepowrotna i nieodwracalna, ginęło, coś bez śladu, co było życiem i urokiem życia i jego męką.

Turski spieszył się. Zbytnio nagromadzone na dogasających polanach listy w twardych kopertach nie chciały się palić, musiał więc przerwać robotę i ogień rozjarzyć na nowo. Potem — aby łatwiej spłonęły — wyjmował już listy z kopert, czasem po kilka z jednej, i kładł w płomienie, odrzucając puste koperty na niedźwiedzią skórę przed kominkiem. Wkrótce nagromadził się ich cały stos...

Za listami poszły jakieś drobne, śmieszne pamiątki: kilka zeschłych kwiatów, pożółkła ze starości rękawiczka balowa, włosów pęk...