W gardle dławiło go coś i piekło, jakby połknął kawałek rozpalonego żelaza.

Turski tymczasem powtórzył:

— Trzeba skończyć.

Sięgnął do kieszeni, wydobył pęk kluczy i wybrawszy z nich jeden niewielki, przekręcił go w zardzewiałym zamku i otworzył pokrywę.

Woń przedziwna, niepojęta uderzyła na Poleskiego, woń, którą dotąd tylko przeczuwał. W zamglonych oczach mignęła mu dłoń Turskiego, jak ją wkładał w stos listów... Chciał krzyczeć, wyć z nagłego bólu...

Turski odstawił szybko szkatułkę i przymknąwszy nieco wieko, zwrócił się do niego:

— Służący twój w kuchni musi mieć drzewo?

— Tak... zapewne ma drzewo — odparł głosem tak zmienionym, że sam nie mógł dźwięku jego poznać.

— Co tobie? Chory jesteś?

— Tak, cokolwiek... Zmęczyłem się dzisiaj rano.