Turski w pierwszej chwili zdziwił się — trochę nieszczerze.
— Jaką szkatułkę?
— Wiesz chyba dobrze. Tę, którąś zostawił u mnie przed dziesięciu laty... — Wskazał w stronę stolika. — Stoi tam. Czeka na ciebie.
Turski powiódł okiem we wskazanym kierunku.
— Ach, tak! Zapomniałem, że ona właśnie u ciebie została. Trzeba z tym skończyć.
— Tak, trzeba skończyć — rzekł Poleski szorstko i nienawistnie. — Zabieraj to sobie stąd!
Turski nie słuchał go. Sięgnął po szkatułkę ręką i położywszy ją sobie na kolanach, wsparł dłoń szeroko rozłożoną na jej pokrywie, która na lśniącej, polerowanej powierzchni tu i ówdzie plamami rdzy już zachodziła.
Zamyślił się.
Poleskiemu wystąpiły na twarz krwawe wypieki. Stał w drugim kącie pokoju i patrzył spode łba na Turskiego, widział jego zmarszczone czoło nad wytężonymi przed siebie oczyma, czuł w ruchu jego dłoni, na szkatułce wspartej, że obejmuje nią rzecz własną, do niego jedynie i wyłącznie należącą, która jemu, Poleskiemu, tylko do przechowania była dana...
Uczuł, że mu się robi słabo. Chciał krzyczeć: „To nie jest twoje! To należy wyłącznie do tamtej kobiety, która ciebie już nie kocha, nie masz przeto prawa zabierać sobie dzisiaj jej dawnej miłości, dawnych jej słów...” I znowu był moment, że chciał się nieprzytomnie rzucić na Turskiego, wydrzeć mu szkatułkę, o której sam mu przypomniał, albo prosić i zaklinać, aby ją tutaj zostawił, zamkniętą na zawsze, gdyż ona i tak już nie ma dla niego żadnej wartości...