— Ach, skądże! Głupstwo...
— Więc o co chodzi właściwie? Dziesięć lat to duży kawał czasu, wiem o tym. Ale myśmy przecież tyle rzeczy wspólnie przeżyli i dobrze nam było zawsze razem. Znamy się przecież od dziecka, od takich małych, kilkuletnich chłopaków, kiedy ojcowie nasi o miedzę sąsiadowali...
— Tak... Pamiętam, jak płakałem, widząc cię jeżdżącym na źrebcach... Ja się nie mogłem na koniu utrzymać!
Turski roześmiał się.
— Przecie o tym teraz nie myślisz?
— Naturalnie, że nie.
— Powtarzam: nie wiem, o co idzie. Spostrzegam w tobie jakąś powściągliwość, prawie że niechęć wobec mnie...
— Zdaje ci się — rzekł Poleski.
Powiedziawszy to, przeszedł się kilka razy po pokoju z rękami śmiesznie na grzbiecie pod garbem złożonymi, a potem odezwał się, nie patrząc w oczy Turskiemu:
— Przyszedłeś po szkatułkę...