Patrzył, nie czytając, na duże, równe pismo, tak podobne do liter na przysłanym mu dziś rano bilecie.

— Turskiemu nie ma po co oddawać. Najlepiej spalić od razu...

Wpadło mu mimo woli w oczy zdanie:

„Już nie ja, lecz usta moje kochają cię i chore są z tęsknoty za tobą...”

Odsunął papier dalej, aby nie ulec pokusie czytania.

— Już wiem, co zrobię. Wrzucę te kartki nieczytane do żelaznej szkatułki, zatrzasnę wieko, klucza nie mam, pozostaną więc tam na wieki ukryte...

Przyszło mu na myśl, że jednak Turski mógłby jutro przyjść i upomnieć się o szkatułkę, która jest jego fizyczną własnością.

— Jakkolwiek bądź — pod żadnym warunkiem czytać tego nie będę!

Pomyślawszy to z głębokim i niezłomnym postanowieniem, zaczął czytać:

„Romek, Romek! Czemu się Ty martwisz? Wiesz Ty, że taka wiosna jest na świecie, że się chce po prostu oszaleć? Jeździłam dziś rano powozem za miasto: zielono jest, drzewa wszystkie kwitną, nad każdym potokiem duże, żółte, do złotych gwiazd spadłych na ziemię podobne kwiaty... Romek! Czyż to nie grzech, żebyś Ty, się martwił? Wiosna jest na świecie i ja Cię kocham! Pomyśl tylko, jacy naprawdę nieszczęśliwi są ludzie, którzy tego nie znają, nie wiedzą, jak to jest po długim niewidzeniu zewrzeć się tak ustami, jak to my zrobimy za trzy, cztery dni... A nawet nie tak myśl! Myśl raczej, jacy są nieszczęśliwi wszyscy, wszyscy oprócz Ciebie na ziemi, których ja nie kocham! Którzy nie wiedzą, jak umieją całować moje usta, jak całe ciało moje umie całować! Och, Ty! Mój! Jakże ja po wariacku tęsknię za Tobą! Całuj, całuj prędko, bo zginę z tęsknoty!”