I dalej, dalej jeszcze, słowa bez związku przed dziesięciu czy jedenastu laty na papier rzucane, niewystygłe do dziś, palące ogniem, jak haszysz oszałamiające.
— Aha — pomyślał Poleski — to się nazywa miłość...
Na małej kartce kilka słów tylko było:
— „Przyjechałam. Piszę. Gdyś nad ranem wysiadł z pociągu, miałam wrażenie, że to wszystko mi się śniło. I teraz mi się tak zdaje. To spotkanie w nocy, w zamkniętym, pędzącym w świat wagonie. Usta mam jeszcze gorące, nabrzmiałe i rozbolałe od Twoich pocałunków... Masz, masz — wyciągam je ku Tobie, całuj jeszcze — do krwi!”
Trzeci list pisany był z jakiegoś nadmorskiego miejsca kąpielowego.
„Nie kąpię się w morzu wcale. Smutno mi rozbierać się i wiedzieć, że Ciebie nie ma w pobliżu. Przyjedź! Chodziłam dziś po plaży i patrzyłam na kąpiących się ludzi. Och, jacyż oni wszyscy brzydcy! Do niczego nie mam takiego wstrętu, jak do ludzkiej brzydoty... Romek, gdybyśmy tu byli oboje?... Wiem, że nawet morze cieszyłoby się, widząc nas, bo tu nie ma takich dwóch pięknych ciał, jak nasze! O, bo i ty jesteś piękny, piękny! Jesteś poetą, czy tam czymś podobnym, a wiesz Ty, że mnie to właściwie nic nie obchodzi? Kocham Cię za to, że jesteś piękny, że ciało masz podobne do greckiego, młodego boga, że pierś Twoja szeroka i gładka pachnie świeżą krwią, że pod skórą Twą miękką a mocną drgają mięśnie ze stali, że w chwili szaleństwa uścisk Twego ramienia tak rozkosznie boli i kości we mnie druzgoce... A jak Cię kocham? Ty! Czy ci to potrzeba mówić? Ty! Ty! Przymknij teraz oczy — widzisz mnie? co? Taką mnie widzisz... ”
Poleski odrzucił papier. Wzrok jego na pozór bez celu błąkał się po pokoju. Wstał wreszcie i zbliżył się ku sofie. Zdjął jeden z wiszących nad nią pistoletów. Starą, skałkową krócicę, o głowni bogato srebrem nabijanej. Krzesiwo było jeszcze dobre; za spuszczeniem kurka szły iskry długie i obfite. Wyczyścił zapał paznokciem, kominek przetknął znalezioną gdzieś szpilką. Potem zaczął czegoś szukać.
— Powinien być — szeptał do siebie — pamiętam dobrze, że powinien być...
Jakoż znalazł rzeczywiście. Stary ojcowski rożek myśliwski z dobrą garścią prochu wewnątrz. Przesypał go na dłoni i począł mu się bacznie przyglądać w świetle okna.
— Ciekaw jestem, czy nie zepsuty? Tyle lat leży, ale wydaje się dość suchy. Zresztą zobaczymy.