Wsypał proch w otwór pistoletu, a nie mając czym przybić, zmiął jeden z listów księżnej i wpakował w lufę. Ubił papier dobrze i ze znajomością rzeczy żelaznym stemplem, w łożysku pistoletu osadzonym. Potem odkręcił dość dużą miedzianą mutrę od świecznika i przymierzył. Wchodziła do lufy doskonale.
Uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Czy aby proch nie jest zwietrzały? — zmartwił się znowu.
Mimo to podsypał zapał pod odwiedzionym kurkiem.
Położył pistolet i przeszedł się kilka razy po pokoju. Przed Chrystusem na krzyżu zatrzymał się na chwilę, zdawało się, że chce uklęknąć i modlić się... Na klęczniku, ukryta w kącie, leżała róża pąsowa, dziś mu przysłana. Wziął ją w rękę i przyglądał jej się długo i smutno. Zbliżył do ust, jakby chciał pocałować; cofnął dłoń.
Wzrok jego padł na otwartą, pustą szkatułkę stalową. Wrzucił do niej kwiat i zatrzasnął wieczko.
Poszedł szybko ku oknu, otworzył je, splunął nie wiadomo dlaczego komuś przechodzącemu ulicą na głowę, po czym usiadł wygodnie w fotelu i wziął nabity pistolet w rękę. Wylot oparł o skroń.
— Czy też proch mógł się zachować bez zepsucia przez tyle lat? — pomyślał z zajęciem i nacisnął cyngiel.
Proch okazał się zupełnie dobry i niezwietrzały.