Wkrótce po pogrzebie Poleskiego, który się odbył w dżdżysty dzień przy bardzo nielicznym udziale jego dawnych znajomych, Turski, pożegnawszy się jedynie z profesorem Butrymem i jego żoną, wyjechał z Krakowa.
Pani Zośka śmiała się, dając mu jakiś kwiat na drogę, „na szczęście”, jak mówiła.
— Ucieka pan przed kimś, panie Romanie!
— Nie, zaręczam pani. Chodzi o moje plany teatralne, dla których chciałbym przygotować grunt w Zakopanem. Zresztą tyle lat nie widziałem Tatr, rad bym je znowu zobaczyć i przypomnieć sobie, jak to byłem młody.
Z przymrużonych oczek pani Zośki wyglądał filuterny uśmieszek.
— Młody to pan jest ciągle, ale co do uciekania, to my już coś wiemy o tym. Fe! Jacy wy wszyscy jesteście zabawni i... słabi!
Turski nie chciał dopuścić do poważnej rozmowy w tym przedmiocie.
— Jeślibym przed kim uciekał, to chyba przed panią — rzekł, skłaniając się z galanterią.
— A choćby! Zawszeć to tchórzostwo.
Ale naprawdę uciekał nie przed nią. Nawet nie przed księżną Heleną. Raczej przed tą duszną i gnębiącą go atmosferą, w jaką go nieznacznie wciągnęło zbliżenie się do księżnej i jej przedziwnego towarzystwa. Tak jest, uciekł przed tym niepojętym, dławiącym go czymś, co się około niej działo — i jeszcze przed widokiem małego Iwonka, o którym wbrew chęci i niezrozumiale dla siebie myślał coraz więcej i częściej od owego dnia, kiedy, dowiedziawszy się o jego chwilowej chorobie, poczuł mu się dziwnie i śmiesznie bliskim. Na próżno usiłował szydzić i wykładał sobie długo, cynicznie, iż nie ma żadnej pewności, że ten chłopak właśnie jego obchodzić cokolwiek powinien. Czuł jakąś śliską podłość takiego rozumowania, a nie chcąc myśleć inaczej, usiłował nie myśleć o tym wcale.