Nie zawsze mu się to udawało. Były chwile, kiedy jasna główka dziecka o twardych, szarych oczach jawiła się w jego wyobraźni tak żywo, że całej siły woli potrzebował, aby ją z niej wyprzeć.
— Jest to zabawne — mówił sobie — jak człowiek łatwo poddaje się sugestii i w następstwie pozwala fantazji weprzeć w siebie uczucia, jakich nie posiada i posiadać rzeczywiście nie może. Nie wiedziałem nic o istnieniu tego chłopca, nie podobał mi się, gdym go ujrzał, a teraz gotów bym uwierzyć, żem tęsknił za nim całe lata! Wystarczyło, że kobieta, mająca niegdyś na mnie wpływ przemożny, rzuciła mi w zręczny sposób jego imię...
Zresztą niewiele sobie pozostawiał czasu dla namyślania się nad tymi rzeczami. Na szczęście nazbyt był zajęty i pochłonięty przeprowadzeniem swoich planów teatralnych w Zakopanem, których nie porzucił pomimo stanowczej odmowy Zaremby, na którego współudział początkowo liczył. Zrazu szło wszystko dobrze, ale wnet zaczął się spotykać ze śmiesznymi, zaściankowymi trudnościami, mogącymi zniechęcić od razu mniej odeń upartego człowieka. Ale on — prawie rad był temu. Trochę bawił się obserwowaniem tak zwanych „stosunków miejscowych”, składających się przeważnie ze ślepych uroszczeń i małomiasteczkowych ambicji, trochę upierał się rzeczywiście, aby postawić na swoim i wbrew wszystkiemu rozwinąć tu swój sen o poświęcanym przybytku sztuki dramatycznej, łączącym w sobie wszystko, co najlepszego widział na Wschodzie i na Zachodzie, a poza tym był zadowolony, że w ogóle coś robi.
Ponieważ nie chciał, aby cała rzecz wyglądała na jego osobistą fantazję, lecz owszem pragnął nadać przedsięwzięciu pewne cechy społecznego czynu, którego by on był tylko inicjatorem i poniekąd wykonawcą, dającym prócz myśli potrzebny kapitał do rozporządzenia — wypadło się porozumieć z miejscowymi „czynnikami miarodajnymi” i ludźmi dobrej woli. Tych pierwszych znalazł niespodziewanie wiele, drugich za to znacznie mniej. Tydzień czasu upłynął, zanim się w ogóle wyznał, kto tu jest miarodajny, a kto nie. Zrobił przez ten czas mnóstwo błędów, które spowodowały, iż odpowiednie mnóstwo ludzi obraziło się na niego, gdy on nawet nie przeczuwał, o co. Jeden były student z dziwnie kabłąkowatymi nogami i takimże nosem, o śmiesznym, z niemiecka brzmiącym nazwisku, przestał mu się nawet kłaniać, a za jego przykładem poszło dwóch lekarzy, jeden fryzjer, jeden pokątny nauczyciel i jeden człowiek niewiadomego zajęcia, ale tego samego wyznania.
Ostatecznie dowiedział się, że sprawa teatru zależy tutaj w pierwszym rzędzie od pewnego pana, niepiastującego wyraźnie żadnego urzędu ani niewykonującego żadnego zawodu, nazwiskiem Jutrasinkiewicz, który sam wprawdzie nigdy w teatrze nie bywał, ale za to nosił stale kute górskie buty, spodnie po kolana i skórzany strażacki pas na zapiętej pod szyją bluzie, mówił dużo o obowiązku pracy społecznej i był prezesem w połowie istniejących na miejscu towarzystw, zadowalając się w drugiej połowie skromną godnością wiceprezesa. Towarzystwa, w których zarządzie by nie figurował, uważał za przewrotne i zgubne.
Ale pokazało się, że oprócz tego pana ma jeszcze w tej sprawie głos przedziwnie wielki zastęp ludzi. Przede wszystkim cała rada gminna in corpore78. Następnie Związek szynkarsko-gospodarczy, do którego obok prawdziwych karczmarzy, restauratorów i hotelarzy wszelkiego pokroju, należało jeszcze sto kilkadziesiąt właścicielek pensjonatów. Potem cały szereg osób na miejscu wpływowych i dostojnych. Gdy Turski przeczytał ich listę, wedle najlepszych źródeł spisaną, ciemno mu się przed oczyma zrobiło. Ci wszyscy musieli się na myśl jego zgodzić, musieli mu dać swoje przyzwolenie, aby mógł przystąpić do wykonania dzieła tak, jak je sobie wyobraził.
Po raz pierwszy od dziesięciu lat uczuł, że energia jego słabnie i zamiary poczynają się plątać w głowie. Nareszcie jednego dnia po dwugodzinnej rozmowie o potrzebie idealnego teatru polskiego z pewnym rzeźnikiem, mającym wedle zasięgniętych informacji poważne wpływy na miejscu i w okolicy, uczuł, że nie wytrzyma dłużej, jeśli nie odpocznie i na jakiś czas tych wszystkich ludzi z oczu nie straci. Spakował tedy walizę i przeniósł się w góry, do Schroniska nad Morskim Okiem79, z zamiarem spędzenia tam przynajmniej kilkunastu dni. Listów nie pozwolił posyłać za sobą, zwłaszcza że ostatni, jaki jeszcze w hotelu w Zakopanem otrzymał, był od Rogockiego, niezmiernie długi, cudaczny i nudny, a donoszący mu w dopisku o zamierzonym przejeździe do Zakopanego księżnej Heleny, której mąż posiadał tu niewielką, na uboczu położoną willę.
W samym schronisku niewiele znalazł spokoju. Tłumy ludzi przyjeżdżały tu w każdy pogodny dzień na obiady z Zakopanego, wieczorami roiło się od powracających z gór turystów. Tęskniąc za samotnością, spędzał też prawie całe dnie w okolicznych lasach albo na stokach najbliższych, leżąc nieraz godzinami twarzą do słońca, z przymkniętymi oczyma i cichym na ustach uśmiechem. Krótki pobyt w Krakowie i Zakopanem zmęczył go moralnie więcej niż lata walk i potwornych wysiłków tam na Wschodzie spędzone. Odpoczywał. Myślał najczęściej o rzeczach z ziemią, górami i niebem związanych, rzadko sobie o ludziach przypominając. Ten sposób życia był dla niego nowy i cieszył go. Wiedział, że usposobienie jego żywe nie długo mu w bezczynności wytrwać pozwoli, ale tymczasem było mu dobrze.
O księżnej nie myślał prawie zupełnie. Wprawdzie nazwisko jej obiło mu się parę razy o uszy, rzucone w obcym jakimś towarzystwie w schronisku: ktoś mówił, że pono80 do Zakopanego już przyjechała, ktoś inny opowiadał anegdoty o otaczających ją jak zawsze ludziach, ale Turskiemu przelatywały te echa mimo uszu, nie poruszając go wcale.
— Wyleczyłem się zupełnie — uśmiechał się — jeśli było co we mnie z dawnej choroby...