Naszła go za to w górach inna myśl niespodziewana. Poleski. Zbyt długo nie żył z nim już bliżej i nazbyt wiele śmierci w życiu widział, aby mógł być zrazu nad miarę poruszony faktem, że dawny jego przyjaciel rozsadził sobie czaszkę z pięknie inkrustowanej, muzealnej krócicy81, nie postarawszy się nawet o browning82, znacznie odpowiedniejszy do takiego celu. Nie rozumiał zresztą tego czynu ani jego pobudek. Przeszedł więc nad smutnym wypadkiem do porządku dziennego w przypuszczeniu, że w życiu Poleskiego musiały być jakieś rzeczy, o których on nic nie wiedział i które go w końcu nie obchodziły. Dopiero dnia pewnego, kiedy błądził samotnie w lasach podtatrzańskich, naraz postać starego, serdecznie niegdyś kochanego przyjaciela i śmierć jego tragiczna stanęły mu z dziwną uporczywością w świadomości i odtąd powracały do myśli aż nazbyt często.
Nie mógł się opędzić zwidziskom. W skalnych wycieczkach, których próbował, przypominając sobie dawne szalone przejścia w tych górach, doznawał nieraz niespodziewanie wrażenia, że Poleski jest gdzieś blisko obok niego; parę razy nawet zdawało mu się, że słyszy jego głos, wołający nań z za załomu skały, z leśnej gęstwy, albo — najczęściej — z bezdennej u nóg przepaści... Stawał wówczas i nadsłuchiwał, śledził dokoła oczyma po to tylko, aby za chwilę z pogardliwym ruszeniem ramion iść dalej.
Przypominała mu się stara mądrość wschodnia, która uczy, że człowiek formy wcielenia swego doszczętnie porzucić nie może, dopóki nie spełni zadania z nią związanego — i lęk mimowolny ogarniał go na myśl, że Poleski snadź ma mu jeszcze coś do powiedzenia, czego by on może wolał nie słyszeć. Nie bardzo wierzył owej mądrości, ale zrozumiał, że śmierć garbatego towarzysza jego młodych lat miała jakiś niepojęty związek z nim samym... z faktem jego do kraju przybycia?
Nie starał się rozwiązywać zagadki, ale też nie odpędzał już myśli o Poleskim, oczekując jakby z zabobonną nadzieją, że przyjdzie jakaś chwila, w której usłyszy głos zmarłego przyjaciela, i da mu poznać to, czego by na próżno logicznym rozumowaniem szukał.
Ostatecznie z tym wszystkim szły mu dni spokojne, ciche i jasne, a szły tak szybko, że nawet nie spostrzegł, kiedy krótkie lato górskie poczęło się nakłaniać, wcześniejsze zachody słońca stawały się więcej czerwone, a na wyższe hale zaciągała się nieznacznie jakaś rdzawa złotawość — a tam wysoko zimne ranne rosy w pewnych dniach srebrzysty szron zastępował, niknący rychło w ciepłych promieniach wstającego słońca. Żleby jeno zacienione i osłonięte skałami wilgotne wądoły srebrzyły się aż do popołudnia, nikłym oparem mgły nakryte...
Była już połowa sierpnia.
VIII
Lekkim wiatrem wieczornym pędzona szla z jednego końca stawu po drugi fala drobna, w której łyskał i wraz wodą o nadbrzeżne kamienie rozbijał się księżyc jeszcze niecały, jawiący się gdzieś w szczerbach pociemniałej grani między Rysami83 a Mięguszowieckim Szczytem84. Na skalnych upłazach od Czarnego Stawu85 był cień; słychać było jeno łoskot wodospadu i szum sączącego się niżej po kamieniach potoku, z szumem lasu przycichym złączony.
Turski siedział na głazie pod stokiem Miedzianego86, z końcami stóp prawie już wodą stawu oblanymi. Myśli miał jak gdyby zmiażdżone tym potwornym cielskiem Mięguszowieckich Szczytów87, co wprost z toni po przeciwległej stronie wyrastając, niemal cały widnokrąg oczom jego zabierały. Spuścił wzrok ku wodzie, nie mogąc znieść tego czarnego ciężaru na źrenicach i usiłował ścigać błysk każdej fali, w pewnym miejscu na powierzchni stawu się rozpalającej i gasnącej tuż około jego stóp...
W schronisku poza nim jasno było, gwarno i rojnie, ale zdawał się nie słyszeć tego tętna banalnego życia, co biło o paręset metrów odeń: objęła go noc tatrzańska, szczytów i nabrzmiałym rzeźwą wilgocią topniejących czarnym zwierciadłem stawu pod księżyc błyszcząca, zadumana w szumie drzew i wód, duszna chwilami żywicznym zapachem lasów i wyziewami mokradeł, borówką porosłych — a zaś odświeżona wiatrem, spadającym ze gdzieś pod niebem resztek wiosennego śniegu.