Myśli jego roztapiały się w tej nocy, jak owe do duchów podobne zarysy smreków nadbrzeżnych i limb, pnących się po zboczu na piętro ku Czarnemu Stawu88 ponad szumiącą w grubym cieniu wodą. Szedł za nimi okiem zmęczonym od ustawicznego łyskania fal, przeczuwał raczej niż spostrzegał na ciemnem tle ciemniejsze, w wietrze ruchliwe plamy tych limb sędziwych z powyginanymi burzą, połamanymi śniegiem konarami. Tam ponad nimi, wiedział, jest już tylko pustka kamienna i głęboka, zimna, czarna woda, zastygła pod skrzesanymi wprost w jej toń ścianami szczytów granitowych...
Mgły się zaczęły kłębić w górze ponad Czarnym Stawem szarawe, ledwo widoczne, wysuwały się wzwyż i niknęły, uderzone wiatrem, co od Rysów spadał. Jeden kłąb oderwał się w dole od potoku poniżej wodospadu i szedł w górę po limbach, po głazach, podobny z daleka w nocy do jakiejś niekształtnej, olbrzymiej, przygarbionej postaci, na piętro skalne wstępującej... W pustać89 straszliwą, na czarną, wśród głazów i nocy zagubioną wodę...
Turski w niezrozumiały dla siebie sposób przygnębiony był dzisiaj przez cały dzień i drażniło go to, że nie umiał znaleźć powodu tego przygnębienia. Dzień był piękny i pogodny; słońce tylko świeciło może nieco mniej jaskrawo niż zazwyczaj, jak gdyby leciuchnym oparem przysłonięte, który bladawą barwę nadawał całemu firmamentowi. Zachód świecił nad Tatrami długo niegasnącą, czerwono-żółtą łuną, a gdy wieczór zapadł i gwiazdy zaczęły błyszczeć z firmamentu niespodziewanie jasno, jakby ku ziemi zbliżone, przygnębienie całodzienne Turskiego przeszło wprost w niepokój jakiś, z którym nie mógł sobie dać rady...
Samotność uspokoiła go nieco, przynajmniej zewnętrznie, ale czuł, że w powietrzu wisi coś dziwnego, co nerwy jego po prostu fizycznie wprawia w napięcie nadmierne, aż bolesne. Szczyty stały przed nim ciche, groźne, dziwnie oczom bliskie, jakby na coś niezwykłego oczekujące. Opary mgły, snujące się w dole, zniknęły, ale za to gdzieś z nad Żabiej Przełęczy90, tuż pod księżycem, wysunął się obłok białawy i trwał nieruchomie z brzegami światłem miesięcznym przepojonymi. Uderzenia wiatru, idącego z gór, stawały się coraz częstsze i chwilami, miast dotychczasową świeżością, biły w twarz jakby ciepłym, niepokojącym oddechem... Miało się wrażenie, że to z poruszonej piersi skalnych olbrzymów ten życiem ciepły wiew załata...
Niespodziewanie przyszedł Turskiemu na myśl Poleski. Zwidziało mu się zaraz, że cień jego gdzieś po wodzie stawu się przewija, wpada na brzeg i z cichym, zaledwie, zaledwie dosłyszalnym szelestem przemyka wśród gęstych zarośli czarnych drzew i topi się znów w bujnych krzakach nadwodnych. Naraz poznał, że jest on tuż za nim, na ścieżce, nieopodal biegnącej, bliżej, na kamieniu, o który się plecami opierał, w zwieszającej się nad jego głową gałęzi kosówki.
Nie odwracał twarzy. Wiedział, że zwróciwszy się, spojrzy w pustkę i rozwieje zwidzenie, całkiem realne w tej chwili. Zasunął dłonie na twarz i oczy i czekał. Wiatr szeleścił za nim w bujnych krzakach kosodrzewiny. Usłyszał w wietrze coś jak gdyby szloch.
— Mów... — szepnął mimo woli ruchem warg raczej niż głosem.
— Strzeż się, Romek! — mówiła za nim pustka.
— Czego? Czego mam się strzec?
Wiatr płakał znów w gałęziach kosówki.