Jeno tam gdzieś na górskim stoku ponad nim kołysało się nikłe światełko, ginęło i ukazywało się znów, skacząc i zbliżając się wyraźnie ku niemu.
Zaparł dech w piersiach. Coś jak gdyby żwir zaskrzypiał na ścieżce, drobne kamyki potrącone spadały niżej, chwilami dolatywał metaliczny stuk...
Turski nadsłuchiwał — potem zaśmiał się do siebie.
— Spóźnieni turyści...
Wkrótce słyszał już młode, wesołe głosy przechodzących o kilkanaście metrów ponad nim ludzi:
— Zgaś latarkę. Szkoda świecy.
— Słusznie. Jesteśmy na ścieżce. Schronisko jak na dłoni.
— Głodny jestem jak wilk.
— Nie dziwota...
— Ale wiesz, grań była cudowna!