— Bagatela! Pierwsze przejście w jednym dniu... Od Rysów przez Mięguszowieckie aż po Czubrynę91!

— Wzięło się nareszcie tę wściekłą ściankę od Wyźniej Żabiej Przełęczy92! Dość sobie na niej ludzie zębów i paznokci nałamali.

— Chodź prędzej. Wiatr idzie.

— Halny...

Przeszli w cieniu, stukając kutymi butami po kamienistej ścieżce.

— Wiatr halny — powtórzył Turski i uśmiechnął się, jakby z ulgą.

Więc to jest cały powód jego rozdrażnienia dzisiaj! Zbliżanie się tego wiatru duszącego, którego przyjście przeczuwają na kilkanaście godzin przede wszystkim zwierzęta, dzieci i ludzie nerwowi, podobnie jak wianie sirokka93 we Włoszech.

Obrócił się znowu twarzą ku Rysom. Księżyc schował się już za skłębiony strzęp chmury, stający nieruchomo dęba u Czarnego Szczytu Mięguszowieckiego; woda w stawie przygasła i sczerniała, słychać było jeno jej plusk o nadbrzeżne głazy, jakby przyspieszony, niespokojny, namiętny. Była krótka chwila ciszy i naraz zatrzęsło się wszystko naokoło. Woda plusnęła gwałtowniej, zaskrzypiały trące się o siebie konarami drzewa, po kosodrzewinie jak gdyby przeszedł tabun niewidzialnych, rozszalałych rumaków...

Ciepły, nieposkromiony wiew szarpnął Turskiego za odzienie. W górze zarechotało coś i jękło94 — po żlebach przepaścistych rozległ się huk, łomot i gruchot, jakby turnie lawiną kamieni miały się zsypać w dół...

I znowu cisza pod błyszczącymi niespokojnie na niebie gwiazdami.