Turskiemu nagle zrobiło się chłodno. Powoli, ze zwieszoną głową, skacząc przez głazy nad brzegiem wody, zwrócił się ku schronisku.

Gdy wchodził, uderzyło go jaskrawe światło na werandzie i gwar zmieszanych głosów.

Uprzedzili go dwaj spóźnieni młodzi turyści i stali teraz na środku dużej, oszklonej werandy, otoczeni kołem dopytujących się ich ciekawie o przejście taterników. Wśród ludzi młodych mieszali się także brodacze, nierzadko o siwiejących włosach, wszyscy przeważnie w zniszczonych manczesterowych kurtach, z czerstwymi95, ogorzałemi twarzami... Poprzez ich głowy dojrzał Turski siedzących gdzieś w głębi „ludzi z miasta” w wytwornych, niby sportowych ubraniach, z białymi rękami, odbijającymi zabawnie od twardych, spękanych, pokaleczonych na skałach dłoni taterników.

U niektórych z grupy, otaczającej przybyłych turystów, znać było tylko żywe i szczere zainteresowanie zdobyciem niepokonanej dotąd ścianki na zachód od Żabiego Konia96, z oczu innych wyglądał mimowolny żal, że „problem” taterniczy został bez ich współudziału „rozwiązany”, dwóch czy trzech spoglądało na zdobywców ze źle ukrytą zawiścią, powątpiewając półgłosem o dokonanym czynie, bo „oni prawdopodobnie ściankę obeszli od południa, co ostatecznie każdy by potrafił”.

Młodzi nie słyszeli tego. Promienieli dzikim, taterniczym szczęściem, młodością, zdrowiem. Jeden z nich, jasny, szczupły blondyn o mięśniach ze stali, z rozpiętą na uznojonych piersiach wełnianą koszulą, nie miał nawet czasu zrzucić z pleców worka; odczepił jeden rzemień, a drugi trzymał jeszcze na ramieniu i opowiadał z żywą gestykulacją, jak w wąziuchnej rysie na końcach palców u rąk dźwigać się musiał wzwyż, nie wiedząc, czy dźwignąwszy się bez możliwości powrotu, dosięgnie znikomego chwytu, widniejącego ponad nim. Mówiąc to, wydłużał mimowolnie swą postać, unosił się na końcach stóp i zakrzywionymi jak szpony palcami dłoni jak gdyby wyszukiwał punktu oparcia gdzieś na powietrzu.

Drugi turysta zdjął worek i ocierając chustką spocone czoło, gryzł jakąś schwyconą naprędce ze stołu bułkę i z pełną gębą potakiwał szczerym uśmiechem i rozognionymi oczyma opowiadaniu towarzysza.

Turski, stojąc na uboczu, słuchał przez jakiś czas, zajęty nie tyle szczegółami opowiadania, najeżonego technicznymi, taterniczymi wyrażeniami, jak raczej samym sposobem, w jaki ci chłopacy mówili: znać było, że cała dusza ich krąży jeszcze tam na skalnych wyżynach i nie umie odczuć nic ważniejszego w tej chwili nad rzut jakiś nadzwyczajny ponad przepaścią lub wspięcie się po ścianie, dla orłów na pozór jedynie dostępnej. To, co w tym dniu zrobili, było rzeczywiście ponad ludzką miarę zuchwałe, ale z ust opowiadającego brzmiała tylko rozszalała uciecha, że tego dokonali, bez śladu jakiejś chełpliwości.

Naraz Turski uczuł, że ktoś dotyka ręką jego ramienia. Stał poza nim Wierzbic.

— Pan tutaj? — wyrwało mu się z ust nie bez odcienia niechęci.

Malarz uśmiechnął się.