— Przyjechaliśmy pod wieczór wraz z księżną... i tam dalej automobilem, który Rohityn kupił przed trzema dniami całkiem rzeczywiście.
— A! Więc i księżna tu jest.
— Owszem. Siedzi z towarzystwem w tamtym końcu werandy. Zobaczyła pana i przysyła mnie z zapytaniem, czemu się pan z nią nie wita.
— Owszem. Przywitam się.
— Doskonale. Tymczasem wypełnić mogę drugie polecenie. Mam zaprosić do jej stołu tych dwóch młodych bohaterów, ale koniecznie natychmiast, dopóki są brudni, podrapani, okryci potem i czerwoni na gębie. Czy pan nie wie przypadkiem, jak się ci wielcy ludzie nazywają?
Turski nie wiedział.
— Mniejsza o to. Przedstawię im się sam lege artis97. Mam nadzieję, że mi wyjawią sławne nazwiska.
Młodzi taternicy byli wielce zakłopotani zaproszeniem. Blondyn, który się przedstawił Wierzbicowi jako Borzycki, spojrzał pytająco na towarzysza.
— Jak myślisz, Makuch?
Makuch nic nie myślał. Zjadał właśnie czwartą bułkę i był zły, że jakiś „ceper”98 wtrąca się w ich ściśle taterniczą rozmowę.