Tymczasem Borzycki jasnymi oczyma dziecka patrzył w twarz księżnej. Zakłopotanie chwilowe ustąpiło, w naturalnym, zręcznym ruchu, jakim się jej skłonił, znać było powściągliwą swobodę towarzyską młodzieńca, umiejącego zarówno nosić na sobie frak, jak teraz manczesterową bluzę turysty. Turski, stojąc nieco na uboczu, przyglądał się z przyjemnością jego smukłej, sprężystej postaci, mogącej się z czasem w kwiat męskiego piękna rozwinąć.

Księżna niedługo z nim rozmawiała. Drażniło ją to widocznie, że Borzycki wciąż z niezmąconym, rzec by się chciało: naiwnie niewinnym spokojem patrzył w jej oczy, nie poddając się odurzającemu urokowi jej kobiecości. Wydęła usta wzgardliwie i po kilku uprzejmych słowach zaczęła rzucać roztargnionymi oczami wokoło.

— Ach tak, turystyka... To bardzo piękne... Znam nawet blisko jednego z najdzielniejszych taterników u nas...

Borzyckiemu zaświeciły się oczy.

— Czy można księżną zapytać o nazwisko?

— Owszem. Golimski.

— Golimski? Golimski? Ten bła...

Urwał, przypomniawszy sobie na czas, że nie jest w towarzystwie kolegi Makucha.

— Przepraszam księżną, ale to nie jest w ogóle taternik poważny, choć dużo lubi podobno mówić o sobie. Łazi wprawdzie trochę po górach...

Księżna okazywała widoczne znudzenie. Borzycki snadź to spostrzegł, gdyż powstał z miejsca: