Na stole stały flaszki szampana, a z błogiej miny Rohityna można było poznać, że on im się tu kazał pojawić. Snadź korzystał też z nich najwięcej, bo poczciwe jego oczy bez wyrazu zachodziły już jakąś przyjemną mgłą, a na ustach kwitnął mu uśmiech dobroduszny i łaskawy. Nawet za odchodzącym Borzyckim patrzał z życzliwością.
Z mężczyzn było jeszcze przy stole dwóch młodych ludzi o niewyraźnych, choć mocno poprawnych fizjonomiach i trzeci, pono aktor, wszyscy w jasnych tenisowych strojach, o ile możności jak najmniej dla górskiej wycieczki odpowiednich.
Turski patrzył na kobietę siedzącą obok księżnej. Niepierwszej już młodości, o rudych utlenionych włosach i dużych, czarnych, jak gdyby zmęczonych oczach w subtelnej, szczupłej twarzy — z uprzejmym, zastygłym nieco uśmiechem na przywiędłych wargach błądziła wzrokiem po obecnych, zdając się właściwie nie widzieć nikogo. Mówiono do niej „Pani Ireno”, nazwiska Turski nie dosłyszał. Na pytania odpowiadała żywo, ale z widocznym roztargnieniem, sama natomiast nie rozpoczynała wcale rozmowy.
W wyglądzie jej i trochę dziwnym zachowaniu było coś niepokojącego. Zdawało się Turskiemu, że musi ona odgrywać w tym śmiesznym towarzystwie jakąś rolę, której na razie nie mógł wyrozumieć.
Z zamyślenia wyrwał go głos księżnej:
— A pan co o tym sądzi?
— O czym?
Zaśmiano się.
— Zgoła nieprzytomny! Robi pan konkurencję Irze!
Pani Irena zwróciła się ku księżnej z najprzyjemniejszym w świecie uśmiechem: