— Przepraszam cię, moja droga. Ja zawsze wiem, co mam o czym sądzić!
Turskiemu zdawało się, że w głosie jej zabrzmiał jakiś ton nienawistny i kłujący, prawie groźny — jednocześnie zaś oczy jej duże wpatrzyły się w Helenę z głębokim, niekłamanym, miłosnym niemal zachwytem.
— Dziwni ludzie, dziwne kobiety — pomyślał z niesmakiem, który nagle zajął w nim miejsce ciekawości.
Wierzbic nachylił się doń przez stół.
— Idzie o to, że księżna pani — powiedział ten tytuł z naciskiem — upiera się wracać na noc, to jest na resztę nocy do Zakopanego, gdy my proponujemy przespać się w schronisku... Jest kilka wolnych pokojów... A tam na dworze wichura. Słyszy pani?
Rzeczywiście wicher targał węgłami domu i trząsł całą werandą tak, że zdawało się chwilami, iż rozniesie drewnianą budowlę jak pęk chrustu na drodze porzucony. Gdy wśród obecnych zrobiła się na moment cisza, słychać było, jak trzeszczą wiązania dachu. Szyby w dużych oknach dźwięczały cicho i żałośnie przy każdym silniejszem uderzeniu.
Księżnej rozdęły się nozdrza, jak chrapy u rasowego konia, który step poczuje przed sobą.
— Lubię to — rzekła jakby do siebie.
A potem zaraz dodała żywo:
— Muszę wracać. Już postanowiłam. Zresztą Iwo byłby niespokojny.