— Synek jest z panią? — zdziwił się Turski.
— Tak — odrzekła powoli, cedząc wyrazy. — Przyjechał z ochmistrzynią100 przed kilkoma dniami...
Powstała nagle.
— Jadę natychmiast. Państwo tutaj zostańcie. Pan mi da swój samochód? — zwróciła się do Rohityna.
— Pod warunkiem, że mi panią wolno będzie odprowadzić!
Zaczęto ją prosić, aby pozostała jeszcze, wszak towarzystwo tak dobrze się bawi i jest tak przyjemnie. Choćby godzinę, choć pół godziny tylko!
Usiadła niechętnie i natychmiast roześmiała się swobodnie, wyzywająco;
— Hej, wina jeszcze! Musimy oszaleć. Na przekór panu Turskiemu, który jest posępny. Tylko pan niech nie pije za wiele, panie Ludwiku, wszak mnie ma pan odprowadzić.
Rohityn przysiągł, że nie będzie pił i jakoby dla otrzeźwienia wychylił pół szklanki koniaku, który trzeba było koniecznie zapić znów szampanem. Język mu się już dobrze błąkał w gębie, gdy po chwili przysiadł się do Turskiego.
— Co pan myśli o tej bestii? — zaczął poufale.