— Cóż ona pana obchodzi, kiedy się pan kochasz w księżnej Helenie!
Pierwszym odruchem chciał Turski chwycić śmiejącego się właściciela automobilu za kark i wytrzeć jego buzią rozlane na obrusie wino. Pohamował się jednak. Wzgarda bezbrzeżna rozprężyła mu mięśnie.
— Cóż pan możesz o tym wiedzieć? — szepnął prawie smutno.
Rohityn był rozbrajająco pijany. Z natarczywością człowieka mało przytomnego zarzucił rękę na poręcz krzesła Turskiego i plótł, nie zważając zupełnie, jakie słowa jego robią na słuchaczu wrażenie. Zresztą Turski prawie nie słuchał. Obijały mu się o uszy obleśnie i nieszczerze bełkotane zapewnienia przyjaźni, zmieszane bezładu z niesmaczną chwalbą, co to on, Rohityn, za majątki posiada, i że właściwie nic w życiu robić nie potrzebuje, bo „ojciec za niego pracował”. Potem naraz rozczulił się i zaczął prosić Turskiego, aby mu przebaczył, iż on mu „zabrał szczęście jego życia”. Przecież on wie, że Turski kochał się w księżnej Helenie i kocha się w niej dotąd rozpaczliwie...
Turski zwrócił ku niemu powoli wygoloną, brązową od słońca i wichru twarz i zaczął mu się pilnie przypatrywać. W oczach miał jakiś zimny i groźny spokój. Rohityn zbyt był słowami swymi zajęty, aby to zauważyć. Odetchnął dumnie i nabrawszy w pierś powietrza, począł go nauczać, nie miarkując już głosu:
— Pan jesteś stracony, panie Turski! Pan się zbyt długo kocha w jednej kobiecie. Ja, panie, mam do kobiet szczęście po prostu szalone, ale umiem żelazną ręką... A gdy która nie jest dla mnie dobra, to po prostu: won! I przepadło... Ho, ho!
Księżna spostrzegła snadź oczy Turskiego i nerwowy, ostatkiem siły woli powstrzymywany ruch jego muskularnej dłoni.
— Panie Ludwiku...
— Co?
Turski spojrzał mimo woli w oczy księżnej i zdumiał się, niemal przestraszył, nie spostrzegłszy w nich żadnego błysku oburzenia. Patrzyła na Rohityna spokojnie i uważnie.