— Niech pan tu przyjdzie. Tak. Proszę usiąść koło mnie.

Rohityn, rzuciwszy tryumfujące spojrzenie na Turskiego, spełnił prośbę łaskawie.

Ale teraz księżna zaczęła go dręczyć przedziwnie i celowo. Zajmując go niby ciągle, obchodziła się z nim w widocznie wzgardliwy sposób, a gdy do niej mówił, zwracała się wtenczas z najpowabniejszym uśmiechem do kogoś innego. Ci inni promienieli; zwłaszcza aktor był w siódmym niebie. Był przekonany, że zrobił na księżnej wrażenie i usiłował przybrać jak najbardziej zdobywczy wyraz na pyzatą, ogoloną twarz. Był zresztą młody, zarozumiały, źle wychowany, w miarę głupi i w miarę przystojny.

Wierzbicowi dostało się również kilka przyjemnych słów i długich spojrzeń, snadź jakieś dawne historje przypominających. Znać było, że poddaje się ich urokowi, choć nie chce tego. Pobladł; w sarkastyczny uśmiech wygięte usta drżały mu nerwowo — spojrzenie zachodziło smutną mgłą...

Tylko na Turskiego nie zwracała uwagi — jakby z umysłu. Umożliwiło mu to zbliżenie się do pani Ireny.

— Pan mi chce coś powiedzieć? — zagadnęła go, gdy tylko znalazł się koło niej.

— Nie, pani. Chciałem tylko z panią rozmawiać.

— A, tak. Rozmawiać. Widocznie to, co pan ma do powiedzenia, powie pan później.

— Bardzo żałuję, że pani rzeczywiście nie mam nic do powiedzenia.

Zaśmiała się.