— Tadzik, Tadzik! Czyż to było warto? — szepnęło w nim coś i załkało, a jednocześnie przejmujący, fizyczny niemal ból ścisnął go za piersi.
Rozległ się stuk i brzęk. To Rohityn bez żadnego widocznego powodu rzucił flaszką w duże okno werandy.
Młodzież zaśmiała się pijacko. Wierzbic z niesłychaną uprzejmością podał mu drugą butelkę.
— Proszę. Jeszcze tamto okno jest całe — rzekł.
— Co pan robisz? — zawołała księżna po jednym momencie milczenia.
Rohityn wstał i starając się trzymać prosto na nogach, wlepił „demoniczne” oczy w księżną. Odpowiedziała mu twardym, nad wyraz wzgardliwym spojrzeniem. Turskiemu zrobiło się niemiło; czuł, że może przyjść do zupełnie karczemnej sceny. Rohityn mełł jakiś wyraz na zębach, jakby nie mogąc go z ust wyrzucić — nabrzmiałe krwią żyły wystąpiły mu na karku i skroniach. Aktor przezornie usunął się w kąt — pani Ira zaśmiała się z cicha, pochłaniając Rohityna nadmiernie rozszerzonymi źrenicami.
— Lutek...
Turski nie był pewien, czy to księżna szepnęła to zdrobniałe imię, czy też jeno złudzenie mu je w ucho rzuciło. Zobaczył tylko, że usta jej z lekka rozchylone wysunęły się nieco naprzód, a ciężkie powieki z długimi rzęsami opadły do połowy źrenic.
Rohityn zatrząsł się i z rykiem płaczu upadł nagle na kolana przed jej nogami.
— Niech się pani na mnie nie gniewa! Ja już naprawdę nie mogę...