— Ja panią odprowadzę! Wszak mi pani przyobiecała...
— Nie. Jesteś pan nazbyt pijany.
— Ależ zaręczam, księżno!... Zresztą nie mogę puścić szofera samego... W taką noc...
— Ach!... W takim razie ktoś z panów będzie nam jeszcze towarzyszył. Sam na sam z panem dziś nie pojadę.
Spojrzała po obecnych, a widząc snadź, że ze wszystkich Turski jeden nie miał ochoty jej towarzyszyć, wyciągnęła rękę ku niemu.
Skłonił się jej w milczeniu, czując, że nie może odmówić.
— Umyj się pan z krwi — rzuciła Rohitynowi, który wyglądał rzeczywiście okropnie z czerwonymi smugami, płynącymi mu po oczach i nosie, aż na strzyżone wąsy.
On jednak patrzył na Turskiego.
— Pan z nami nie pojedzie!
— Pojadę, panie drogi, gdy księżna sobie tego życzy!