— Automobil jest mój!
Turski miał ochotę powiedzieć, że go może w tej chwili kupić od niego, ale nie chcąc zaostrzać niesmacznej sprzeczki, skinął na służącego.
— Proszę zawołać waszego szofera i niech zakładowy samochód będzie za kwadrans gotowy.
Księżna — już w płaszczu — wmieszała się.
— Nie potrzeba. Automobilem pana Rohityna ja dziś rozporządzam — wszak tak? Proszę pana.
Podała ramię Turskiemu.
W otwartych drzwiach werandy rzucił się na nich od razu wiatr, jak zły zwierz, czyhający jeno na ich wyjście. Woal księżnej zatrzepotał się gwałtownie na powietrzu i musnąwszy Turskiemu twarz, wionął nań duszącą falą zapachu jej włosów. Turski usunął się ruchem trochę niechętnym i spojrzał na księżną. Stała na najwyższym stopniu schodów, w lekkim czarnym płaszczu, w małym czarnym kapelusiku z czarnym woalem na czarnych włosach. Wyprostowana, nieruchoma, podając twarz smagającemu ją wichrowi, patrzyła jakimś dalekim wzrokiem na góry, przygniecione potwornym kłębem trwających na nocnym niebie czarnych chmur. Usta jej wpół otwarte piły wiatr; pierś wznosiła się chciwie za każdym oddechem.
— Czy to ta sama kobieta? — pomyślał.
Za nim ozwało się skomlenie Rohityna, który, wytrzeźwiony nagle, wyszedł wraz z nimi, aby obudzić szofera.
— Księżno...