— Czego pan chcesz? — rzekła, jakby zbudzona i nie czekając odpowiedzi, poczęła schodzić ze schodów, kierując się wprost ku stojącemu nieopodal samochodowi.
Rohityn szedł za nią.
— Księżno — błagał jeszcze, pomagając jej wejść na stopień — ja będę posłuszny... Bóg świadkiem, że trzeźwy jestem.
— O co panu chodzi?
— Obiecałaś... — szepnął głosem dziecka, dławionego przez łzy. — Obiecałaś... dziś ze mną... Helu!
Zmarszczyła brwi. Szybkim rzutem oka poszukała w cieniu Turskiego.
— Proszę, niech pan siada, panie Romanie. Tu, obok mnie. Panie Ludwiku, pan na przedzie. Prędzej.
Rohityn nie wsiadł. Zacisnął tylko zęby tak, że w świetle powozowych latarni widać było skurczone mięśnie żuchw... Wolnym ruchem oparł dłoń na kierownicy i zatrząsł się naraz jak w febrze...
— Jedź! — krzyknęła księżna na szofera.
Ten spojrzał bezradnie na swojego pana.