Z piersi Rohityna wyrwał się jakiś zdławiony, nieludzki ryk; odwrócił się naraz i z hałaśliwym płaczem za­czął bić pokaleczonym czołem o węgieł101 drewnianego domu.

Szofer, nie czekając dłużej, przerzucił dźwignię; wóz pędem ruszył z miejsca.

Jechali w milczeniu. Szofer pewien, że o tej porze nie spotka żadnej przeszkody na drodze, puścił wóz, używając mało hamulca, pełną szybkością po wijącym się w ostrych wężowych zakrętach gościńcu w dół ku Roztoce. W pewnym miejscu księżna nagłym zwrotem samo­chodu w bok rzucona, wsparła się, chcąc utrzymać równowagę, o ramię Romana.

— Przepraszam — szepnęła, cofając się. Głos jej był cichy, lękliwy i przedziwnie miękki.

Jakby w odpowiedzi, zwrócił na nią twarz i spojrzał jej twardo w oczy.

— Czego pani chce od tego biednego półgłówka? — zapytał niespodziewanie.

Wyprostowała się. W jednej chwili zrobiła się dumna i niedostępna.

— O kim pan mówi?

— Ach, pani wie. Czemu go pani tak dręczy? W jakim celu trzyma go pani przy sobie?

— Ach...