Patrzyła przed siebie, na mknące, czarne sylwety smreków.

— Jeśli pan ciekaw... — zaczęła z wolna po chwili — wyjdę za niego za mąż. Jesteśmy zaręczeni.

— Co?!

Umilkł, spostrzegłszy, że krzyknął niepotrzebnie zbyt głośno.

— Tak. Jestem wolna. Wszak pan wie, że jestem rozwiedziona. Mogę wyjść za kogo mi się podoba. Książę zna moje plany i nie ma nic przeciw temu...

— Ha, jeśli książę się zgadza — rzekł głośno, nadając umyślnie słowom grzecznie ironiczny ton.

Ale w duszy zrobiło mu się niewypowiedzianie smutno. Uczuł pustkę, powstałą nagle, nie wiadomo skąd i po czym...

— Za Rohityna, za Rohityna — śmiało mu się coś w piersiach przez łzy.

— Co pan mówi?

— Nie mówię nic, księżno. Nie mam nic do powiedzenia. Wszak pani rozporządza sobą wedle woli.