Myślał, że przerwie tym przykrą rozmowę, którą sam wszczął nieoględnie, ale teraz księżna zaczęła mówić.

— Dziękuję, że to pan raczył stwierdzić. Ale ja wiem, że w duszy pan mnie potępia.

— Cóż pani na tym zależy?

— Może mi nic nie zależeć, ale pytam, jakiem prawem pan to czyni? Skąd pan przychodzi do tego? Czego pan wreszcie ode mnie chce?

Turski milczał, wsłuchany w świsty wiatru halnego, który po krótkiej przerwie poczynał się znowu zrywać, gniotąc gorącą duchotą piersi i gnąc drzewa przydrożne.

Czego on od niej chce? Rzeczywiście, czego chce? Czyż mu to nie powinno być najzupełniej obojętne, za kogo pani Helena, primo voto102 księżna Hazarapelianowa, wychodzi za mąż? Cóż go ostatecznie łączy z tą kobietą, poniewierającą się dobrowolnie w towarzystwach cudacznych i zgoła dla siebie nieodpowiednich? Czy to, że kiedyś, pono przed dziesięciu laty, całował jej usta i pił rozkosz z jej ciała, jak inni przed nim i po nim robili i jeszcze inni robić będą?

A jednak, a jednak...

Spuścił głowę na piersi. Przecież ona była mu niegdyś jedna i jedyna — przecież jedyne, obłąkane, bolesne szczęście jego życia niegdyś jej zwało się imieniem!...

Ocknął się, posłyszawszy głos księżnej.

— Więc cóż ja mam? — zaczęła znowu, milczeniem jego snadź podniecona. — Dzieckiem prawie wydali mnie, sprzedali raczej staremu księciu; nie miałam jednego dnia szczęśliwego w calem moim życiu. Jeśli już nie szczęścia szukając, ale po prostu choćby oparcia, zwróciłam się od kogo, to płacono mi zawsze egoizmem, zazdrością, podejrzeniami, pretensjami urojonymi i niesprawiedliwością, poniewierano mnie, moją dobrą sławę dla chełpliwości po ulicach włóczono, krzywdzono mnie na każdym kroku, każdej chwili i przy każdej sposobności...