Turski wiedział, że to wszystko nieprawda. Za bogatego księcia sama uparła się wyjść, wbrew radom swojej rodziny, podupadłej ale uczciwej, nie poniewierał jej nikt, nie krzywdził, nie szargał, aż chyba teraz dopiero ci ludzie, zmysłów zdrowych przez nią pozbawieni.

W słowach jej jednakże brzmiała taka szczerość i tak głęboki żal, że Turskiemu szyderczy uśmiech rozpłynął się i zgasł na wargach.

— Może ona tak czuje naprawdę — pomyślał.

Schwyciła tę myśl jego w zwróconych na siebie oczach i zaczęła znów, jeszcze goręcej:

— I cóż, że zapragnęłam nareszcie mieć swój dom, prawdziwy dom swój, choć bez mitry książęcej i dopókim młoda, człowieka, który mnie kocha, rozumie pan? Kocha rzeczywiście, nie egoistycznie i będzie mi towarzyszem, przyjacielem, opiekunem.

Turski chwycił się za głowę.

— Pani, pani, pani Helu! Niechże się pani opamięta! Przecie —

Chciał powiedzieć: przecie ja panią znam i wiem, co myśleć o tym wszystkim, wiem, że w najlepszym razie łudzi się pani, tak mówiąc, ale żal mu się jej zrobiło i zamiast tego rzekł tylko, jakby myślom swym odpowiadając:

— A jednak mimo wszystko, szkoda mi pani...

— Dlaczego?